niedziela, 25 maja 2014

weekend, weekend i po weekendzie

Za chwilę zacznie się kolejny tydzień. Mam nadzieję, że w przeciwieństwie do poprzedniego wypełniony będzie tylko miłymi zdarzeniami. W czwartek Piotrek kończy (już?) 4 lata!
W zeszły czwartek kiedy wróciłam do pracy po pogrzebie ojca zadzwoniła dyrektorka przedszkola, że Piotruś narzeka na ból głowy i kiepsko je. M pojechał po niego wcześniej i faktycznie nie zapowiadało się to dobrze. Przyjechał rozpalony i jak zasnął o 17 tak spał do 5 rano, z krótką przerwą gdy po 22 obudziłam go na nurofen. Akurat wtedy nocowała u nas moja przyjaciółka - już drugi raz z rzędu kiedy do nas przyjeżdża po pracy na noc Piotrek jest chory. W piątek rano byłam przekonana, że to angina i trochę się tym załamałam, bo miesiąc temu w ten właśnie sposób polegliśmy wszyscy na półtora tygodnia a tutaj praca, urodziny. Piotrek był marudny, trochę gorączkował i płakał, że boli go gardło. Umówiłam go do pediatry. Mając do wyboru godzinę 11.40 i 14.00 wybrałam tę drugą bo o 11.40 Tomek ma akurat drzemkę i nie chciałam go budzić, a miał nam oczywiście towarzyszyć. Tymczasem Piotrek niespodziewanie usnął po 12, więc zaliczyłam kolejną akcję "z pamiętnika mamy dwójki maluchów". Nie było sensu budzić go wcześniej, przekonywać by się ubrał, bo w takim stanie, z gorączką tak czy inaczej bez wielkiego jęczenia by się nie obeszło, a ja miałam jeszcze na głowie Tomka. Postanowiłam zadziałać szybko i z zaskoczenia. Najpierw przygotowałam siebie i Tomka, zaniosłam go do samochodu, zapięłam w foteliku, dałam zabawkę, a potem pędem pod górę, szybko ubrałam zaspanego i półprzytomnego Piotra i jęczącego, oburzonego zniosłam na rękach do auta. Nie lubię, potwornie nie lubię zostawiać dzieci w samochodzie bo go nie widzę z okna i świadomość, że siedzą w aucie, w otwartym garażu przy nieogrodzonym podjeździe jest dla mnie okropna, ale nie miałam wyjścia. Nie dam rady nieść dwójki dzieci. Garażu zaś nie zamknę bo gdyby odpukać brama się zacięła to dziecko zostanie uwięzione. W każdym razie na szczęście u lekarza okazało się, że gardło jest tylko lekko zaczerwienione i nie jest to angina. Lekarka zaleciła łagodzące lizaki jako alternatywę dla Tantum Verde, którego Piotrek nie toleruje - ma silny odruch wymiotny. Piotrek zachwycony pomysłem, że lizaki to lekarstwo ;-)
W zasadzie na tym choroba się skończyła. Wieczorem Piotr na nic się już nie skarżył i nie gorączkował. W sobotę również. Zrezygnowaliśmy jednak z pikniku rodzinnego połączonego z dniem rodziców w naszym przedszkolu, ponieważ odbywać miał się on na wolnym powietrzu, a było gorąco. Pediatra zaleciła unikanie upału w weekend ze względu na gardło. Później przeszła burza, ochłodziło się przyjemnie pojechaliśmy więc na festyn rodzinny do obserwatorium astronomicznego UJ.
Piotrek był bardzo zainteresowany teleskopami.
Tomek zaś ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w doskonałym humorze "tańczył' u taty na barana. Moje młodsze dziecko robi się towarzyskie ;-)



Wicherek
Niestety zaliczyliśmy też kilka epizodów "buntu czterolatka", ale o tym innym razem. To dość świeży temat i jak to z Piotrkiem bywa ten etap nadszedł nagle i niespodziewanie.
Po wszystkim odwieźliśmy tatę na imprezę z okazji 10-lecia jego studiów. Dzieciaki poszły spać, a  mnie ogarnął szał sprzątania. Czasem tak mam i wtedy idę jak taran. Okna brudne, podłoga się lepi. Nie potrafię odpoczywać w takich warunkach. Ludzie dzielą się na tych, którzy lubią by w domu pachniało pyszne jedzenie i tych, którzy lubią czystość - ja należę do tej drugiej kategorii. Do 2 w nocy szyby błyszczały, a dom był wysprzątany. Oczywiście potem zaledwie 3 godziny snu. M wrócił o 4 nad ranem szczęśliwy i w stanie wskazującym i o 6 rano nie nadawał się absolutnie do niczego, więc chcąc nie chcąc musiałam działać. M doprowadził się w końcu do porządku, zostawiłam go z dzieciakami i wyskoczyłam do galerii, gdzie w końcu udało mi się znaleźć jedną (JEDNĄ) sukienkę pasującą na mnie. Pomarańczową, tak w sam raz na żałobę a co :-/
Pojechałam te z z Piotrkiem nad Wisłę, bo zapowiadał się fajny festyn rodzinny. M spacerował z Tomkiem. 


Dużo atrakcji i strażacy. Zdjęć nie mamy, bo Piotrek znowu zaczął pokazywać muchy w nosie, więc wróciliśmy do domu, gdzie w międzyczasie zjawił się dziadek i chwała mu za to, bo Piotrek go zaanektował, a my z M byliśmy tak nieżywi, że po prostu zasnęliśmy z Tomkiem na drugą drzemkę. 
No i po weekendzie.

2 komentarze:

  1. rosną ci te dzieciaki jak na drożdzach :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bunt 4-latka... Skąd ja to znam. Dobrze, że Piotrek szybko wrócił do zdrowia. Ta pogoda chyba tak działa na dzieci, bo moje dziewczyny też się rozchorowały:/

    OdpowiedzUsuń