wtorek, 29 lipca 2014

trzymaj ręce i kij w ręce

Moja pani profesor od angielskiego z liceum kiedyś w żartach opowiedziała nam, że spotkała się z takim tłumaczeniem zdania "hold hands and stick together". Od tej pory jest to hasło moje, mojej przyjaciółki i mojego przyjaciela, a od pewnego czasu mogę odnieść je również do mojego kuzynostwa. Ostatni weekend był bardzo, bardzo mocny emocjonalnie. Pojechaliśmy na wieś na zjazd kuzynów. Było dużo śmiechu, wygłupów przy piwku, grillowania, a także ważne i szczere rozmowy do 5 rana. Sporo trupów wyleciało z szaf i bardzo dobrze.
Cieszę się, że zdecydowaliśmy się jechać choć wahaliśmy się bo dużo gości, problemy noclegowe przy dzieciach, upał. Jednak pojechaliśmy i wróciłam bardzo pozytywnie naładowana i szczęśliwa, że mam fajną rodzinę. Pełną wad, nie wolną od konfliktów ale taką.... wiecie prawdziwą, taką z którą można porozmawiać, pożalić się, taką której się pomaga i jest to normalne.Cieszę się również, że w przeciwieństwie do rodziny mojego męża nasze trupy nie siedzą zbyt głęboko w tych szafach i z nich wylatują, może czasem towarzyszą temu łzy, ale atmosfera się oczyszcza.

Jest nas ośmioro kuzynów. Dzieci rodzeństwa mojej mamy. Paweł starszy ode mnie o 2 lata, o rok młodsza Ewa, Piotrek i Krzysiek, potem Kamila, Iwona i na końcu najmłodszy Wojtek czyli Tunio. Pięcioro z nas dzieciństwo spędziło w rodzinnym domu dziadków oraz w jego sąsiedztwie, a ja, Paweł i Krzysiek przyjeżdżaliśmy tam na wakacje i ferie. Potem przyszła szkoła średnia, studia części z nas, pierwsze prace i na pewien czas oddaliliśmy się od siebie. Na pewnym etapie przyjaciele, kumple, wyjazdy ze znajomymi, a potem własne rodziny, które zaczęliśmy zakładać stały się ważniejsze, a kuzynowskie więzi zeszły na dalszy plan. Tak było jeszcze całkiem niedawno. pamiętam, że kiedy wybieraliśmy chrzestną dla Piotrka stwierdziłam, że nie poprosimy kuzynki, która pracowała w Krakowie, ale praktycznie się nie widywałyśmy.
To się zmieniło. W pewnym momencie chyba do każdego z nas dotarło, że teraz to do nas i nikogo innego należy utrzymanie rodziny w tak zwanej kupie i że warto. Starsze pokolenie się wykrusza. Może nawet nie takie starsze.... Na wsi na cmentarzu był jeden grób. Leżał w nim nasz dziadek, który zmarł gdy skończyłam 8 klasę podstawówki, prababcia, która przeżyła 102 lata i odeszła gdy miałam lat 8, a Wojtek to w ogóle jej nie znał oraz druga prababcia, której nie znało żadne z nas. Rozumiecie - to było osoby starsze, takie, które umarły już dawno, takie z zupełnie innego świata.W przeciągu ostatniego 1.5 roku obok tego grobu wyrosły dwa kolejne - szwagra mojej mamy i jej brata. Gdyby na upartego kierując się tylko powinowactwem a nie rzeczywistymi więzami wliczyć mojego ojca w ciągu krótkiego czasu z najbliższej rodziny odeszły trzy osoby.  Została babcia, która nie lubi chyba nikogo, wujek, partnerka wujka, moja mama i dwie ciocie. I my oraz kolejne pokolenie. Troje z nas ma dzieci, w sumie siedmioro. Dwie starsze dziewczynki 14 lat i 11 lat i oraz pięcioro chłopców w wieku od 9 miesięcy do 6 lat. Historia zatoczyła koło. Ponownie zbliżyliśmy się do siebie. Sześcioro z nas trzyma się znów razem. Kamila mieszka i pracuje za granicą i nie kontaktuje się zbytnio, a Krzysiek ma kontrakt w Zambii i przyjeżdża co kilka miesięcy. Reszta jest tam na wsi, w Krakowie i Skawinie. Po wybudowaniu autostrady do Tarnowa mamy do siebie max 2h. Widujemy się często. Myślę, że w jakimś tam sposób pomaga to Wojtkowi, który znalazł się na życiowym zakręcie. Po śmierci ojca w kwietniu został praktycznie sam na dość zaniedbanym gospodarstwie, rozstał się z narzeczoną i na razie robi w życiu rzeczy, którymi nigdy zajmować się nie chciał. O tym też szczerze rozmawialiśmy w nocy.
Mój mąż mówi, że dopiero teraz kiedy moi kuzyni stali się jego bliskimi czuje, że jest częścią jakiegoś klanu. U niego nie ma wygłupów i luzu. Każdy się kontroluje nawet żartując. Każdy wstrzymuje się z wypowiedzeniem swojego zdania czekając by ktoś inny wypowiedział się pierwszy. Każdy okopuje się na swoim stanowisku i stara się mówić jak najmniej by nic nie zostało wykorzystane później przeciwko niemu. Nie ma opcji by wypić odrobinę za dużo i potańczyć przy grillu. Co to to nie. Jego rodzice od ponad 2 lat nie rozmawiają ze sobą. Ze szwagierką mam bardzo dobry kontakt, ale szwagier wciąż trzyma mnie na dystans, nawet nie mam mu tego za złe, bo własnego brata też. Kuzyni.... nawet te dwie kuzynki, które mieszkają w Krakowie ostatnio widziały nas na pogrzebie babci M niedługo po naszym ślubie. W 2007 r.  Podobnie jak reszta. Strasznie są zatomizowani. Ich trupy są głęboko, głęboko zakopane w szafach i nikt nawet nie myśli by się do nich zbliżać, a nawet jeśli to czeka aż ktoś pierwszy to zrobi.Widują się zazwyczaj na weselach i pogrzebach. A moi kuzyni są dla mnie teraz trochę jak rodzeństwo. To dla mnie ważne, bo własnego nie mam. Wchodząc do rodziny M miałam nadzieję, że zyskuję ojca i przyszywanego brata. Tak się jednak nie stało. Lubimy się, ale dla nich liczą się więzy krwi, no i są bardzo zdystansowani. Męczy mnie to.W sumie to hasło z tytułu posta odnosi się również do rodziny M, tylko, że bardziej dosłownie ;-) Zawsze bądź gotowy do obrony. Ja tak nie potrafię

A o tym jak bawiły się dzieciaki w następnym wpisie.

5 komentarzy:

  1. Dobrze mieć taką rodzinę, choć z autopsji widzę, że każdy z małżonków bardziej ciągnie w swoją stronę, to tkz zew krwi jak to Dasiek mawia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie mojego męża ciągnie bardziej do rodziny z mojej strony, bo ma dość specyfiki swojej, wiem, że teściu ma fochy o to.

      Usuń
    2. Mój maż najchętniej to by nie spotykał się z nikim i żadnych świat nie robił...a ja zaś jestem strasznie rodzinna, czym więcej tym lepiej...

      Usuń
  2. Zazdroszczę takiej rodziny. U mnie to wygląda całkiem inaczej...

    OdpowiedzUsuń
  3. My (kuzynostwo) jako dzieciaki byliśmy bardzo, bardzo zżyci, całe lata pisaliśmy do siebie nawet listy. Ja i brat byliśmy tymi właśnie "dojezdnymi", ale w niczym to nie przeszkadzało. A teraz? Eh, czas i nie tylko zrobiły swoje. Pozakładaliśmy rodziny, a jak się okazało żony moich kuzynów jakoś nie pałały entuzjazmem do takich zażyłości i podtrzymywania kontaktów. I niby nadal ten kontakt jakiś tam jest, ale raczej już tylko smsowy. Szkoda.

    Natomiast rodzina mojego męża, to tak specyficzni ludzie. Przede wszystkim- zakłamani, Ich trupy to są baaaaardzo głęboko pochowane i do niczego dobrego (jak wiadomo) to nie prowadzi.

    OdpowiedzUsuń