piątek, 17 października 2014

urodziny, zgrzyty ze szwagrem i choroby

Impreza urodzinowa Tomka odbyła się w sobotę. Nic formalnego. Grill przygotowany przez teścia, spaghetti, sałatki i tort. Pogoda dopisała, więc spędziliśmy czas przed domem. Nie posiadamy jeszcze porządnych mebli ogrodowych, więc oprawa lekko prowizoryczna.
Tomek ząbkował i od rana był bardzo marudny, mało spał, ale w końcu teściowej udało się uśpić go w wózku i po przebudzeniu humor nieco się poprawił. Chrzestna i chrzestny odciążyli nasze kręgosłupy, bo jubilat uwielbia się przemieszać raczkując lub chodząc za jedną rączkę. raczkowanie nie wchodziło w grę. Było słonecznie, ale to jednak nie lato by pełzać po ziemi.
Niestety atmosferę trochę zważył szwagier. Rodzina mojego męża to temat rzeka. W każdym razie jest ich dwóch braci tutaj w Krakowie i trzech kuzynów - nasi chłopcy i ich Antek. Ze szwagierką mam dobry kontakt, ale Marek jest taki jak  teściu - niby w porządku, ale obcą krew zawsze trzyma na dystans i dobrze wiem, że dla nich zawsze będę tą obcą krwią, nie mówiąc o reszcie mojej rodziny. Podejrzliwy i z wiekiem coraz bardziej zgryźliwy. Ojcem został w wieku 40 lat, jest w stosunku do syna nadopiekuńczy, tylko on może dziecku zwrócić uwagę, a Antek wlazł im na głowę straszliwie. Było tak. Tomek spał, a Antek zobaczył tort-biedronkę w lodówce i chciał nadgryźć. Nie pozwoliłam, wytłumaczyłam,  że Tomuś śpi i kiedy się obudzi to zdmuchnie świeczkę i wtedy pokroimy tort. Na to Marek stwierdził, że przecież nic się nie stanie jak dziecku dam kawałek ozdóbki z lukru. Powtórzyłam, że to jest tort urodzinowy Tomka i poczekamy na Tomka. Marek, że przecież Tomek nie wie jeszcze o co chodzi i zdmuchnąć świeczki nie potrafi. Na szczęście włączył się Piotrek i oznajmił, że nie wolno ruszać biedronki Tomka, a świeczkę on mu pomoże zdmuchnąć. Niby nic, ale Marek humor zważony miał do końca, bo Antek się obraził, zaczął płakać i się złościć, ja próbowałam zaproponować mu coś innego do przekąszenia lub jakaś zabawkę, ale Marek ostentacyjnie zabrał go w inne miejsce twierdząc, że sam sobie poradzi. Wiecie czemu się wkurzyłam? Kiedy przyjechali Tomek był na chodzie, ale Antek zasnął w samochodzie i czekali aż się obudzi. Spał prawie godzinę, a w tym czasie Tomek zrobił się marudny i teściowa musiała go w wózku ululać. Nie było to dla mnie żadnym problemem - niech Antek pośpi, przecież nie ma znaczenia czy świeczkę zdmuchniemy teraz czy za godzinę, a ważne by byli obecni wszyscy najbliżsi. Jedynego kuzyna moich chłopców zaliczam do najbliższej rodziny w końcu.
Trochę mnie to boli, bo mam wrażenie, że Tomek jest przez szwagra praktycznie nie dostrzegany. Kiedy urodził się Piotrek i Antek widywaliśmy się często i chłopcy mieli ze sobą częsty kontakt. Przez pierwsze półtora roku życia Piotrka mieszkaliśmy w odległości spacerowej od siebie i często spacerowałyśmy razem z Grażynką, albo wpadałyśmy do siebie po pracy. Potem przeprowadziliśmy się za miasto i kontakt stały się trochę rzadsze. Grażynka ma prawo jazdy, ale boi się jeździć samochodem, a dojazd do nas autobusem jest problematyczny z małym dzieckiem. Odwiedzaliśmy się rzadziej i zazwyczaj oni przyjeżdżali do nas, czyli wtedy gdy Marek miał czas i ochotę, a on lubi w weekendy odpocząć od dziecka i ucieka do biura.  My do nich jeździliśmy rzadko, gdyż zwyczajnie nas nie zapraszali, zresztą to nawet zrozumiałe, bo chłopcy biegają, szaleją a u nas jest dużo więcej miejsca na to niż w niewielkim mieszkanku w bloku. Chłopcy jednak spędzali ze sobą dwa dni w tygodniu (teściowa zajmowała się Antkiem i przywoziliśmy tam tez Piotrka, do którego przyjeżdżała opiekunka). Widywaliśmy się więc przy okazji. Rok temu Piotrek poszedł do przedszkola i trach - urwało się. Już nie jeździ do teściowej tak często tylko raczej na zasadzie odwiedzin w weekendy. Atmosfera między teściami jest nie do zniesienia, więc nie jeździmy tam chętnie. Właściwie ze względu na dziecko jedynie. Szwagrowie również nie bardzo mają ochotę spędzać tam czas w weekendy. Przez ostatni rok jeszcze czasem w czwartek lub piątek po odebraniu Młodego z przedszkola jechałam z dziećmi do teściów i zazwyczaj był tam jeszcze Antek (rok młodszy, więc nie chodził jeszcze do przedszkola). Miesiąc temu również Antoś wstąpił w szeregi przedszkolaków i teraz w zasadzie wszyscy razem widzimy się przy oficjalnych okazjach typu urodziny czy święta. Czasem umówię się z Grażynką w parku na wspólny spacer. U nich w domu ostatnio byliśmy w marcu 2013. Przedłużał im się remont, zresztą z Tomkiem wcale się nie kwapimy bo jak Piotrek i Antek zaczną tam szaleć to naprawdę brak spokojnego miejsca dla maluszka, w którym mógłby odpocząć i nie zostać stratowany. Suma sumarum oni bardzo rzadko widują Tomka. Nie wrósł w ich świadomość tak jak Piotrek. Funkcjonuje gdzieś obok. Nie znają go zbytnio. Trochę smutne, bo samochodem mamy do siebie około kwadrans drogi, no ale Grażynka nie chce prowadzić sama, a w przypadku Marka nie ma szans na spontaniczność.
Było mi również przykro z powodu prezentu.Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o to by wszyscy Tomka zasypywali prezentami. Chodzi o skupienie się na dziecku i zastanowienie się co by mu sprawiło radość. Ja zawsze starannie wybieram prezenty dla Antka, dzwonię do Grażynki i podpytuję co by mu się przydało. Do tej pory ona również tak samo działała odnośnie Piotrka. Tomkowi dali interaktywną książeczkę przeznaczoną dla dużo starszego dziecka, dość kiczowatą i widać, że kupioną naprędce w sklepie na rogu. Przykro mi, bo sami mają przecież dziecko i wiedzą czym bawią się roczne dzieci. Po prostu w ogóle nie przywiązali żadnej wago do prezentu na roczek dla Tomka. Piotrek jest chrześniakiem Marka, Tomek nie więc może dlatego.

A tak poza tym wszystkim to Piotrek ma zapalenie ucha i od wtorku siedzi w domu nudząc się i wariując, ja na zwolnieniu i czuję się kompletnie przeorana. Zdecydowanie nie nadaję się na mamę na urlopie wychowawczym, muszę pracować i wychodzić z domu by przewietrzyć głowę. Oczywiście szkoda, że nie mam możliwości pracować np 6h dziennie tak by mieć więcej czasu dla dzieci po powrocie do domu, ale zupełnie zrezygnować z pracy, nawet gdybyśmy mieli możliwości finansowe nie wyobrażam sobie. Oszalałabym.



4 komentarze:

  1. Takie sytuacje się zdarzają, ja to przerabiałam z teściową i średnim synem, ona go po prostu nie tolerowała, a młody nie lubił baby która przychodziła raz w roku. Wtedy nasze stosunki były jak tykająca bomba. Zmieniło się wszystko jak urodziłam Niko, ale nadal jej ulubionym i czasem myślę, że jedynym wnukiem jest Dasiek...

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny ten torcik, my jesteśmy na etapie poszukiwania fajnego tortu dla Lilki, i ta biedronka mnie oczarowała!

    Doskonale Cię rozumiem- pewnie zareagowałabym identycznie. I oczywiście, być może to traktowanie po macoszemu wynika z faktu, że Tomek nie jest chrześniakiem żadnego z Nich, i że nie widują Go często, ale to chodzi o samo zainteresowanie dzieckiem właśnie chociażby przez minimalny wysiłek przy pomyśle na prezent.

    OdpowiedzUsuń
  3. Patrzę na ten tort (swoją drogą uroczy) i zastanawiam się z której strony Antek miałby go skubnac bez uszczerbku dla biedronki i solenizanta. Bardzo dobrze, że zachowałas się asertywnie, dokładnie zresztą tak jak oni. Strasznie irytują mnie osoby, które zachowując się asertywnie zupełnie zapominają, że pozostali również mają prawo do zachowania własnego zdania i obrony swojego interesu i wypadałoby to uszanować...

    OdpowiedzUsuń
  4. To jest bardzo przykre... Najbardziej, gdy chodzi o rodzinę. Bo znajomych można przeboleć i olać. Stwierdzić, ze lepiej wcale niż na siłę... A rodzina zawsze pozostaje w więzi, nawet jeśli ta więź jest w jakiś sposób spaczona :/

    W każdym razie - spełnienia marzeń dla Tomka :)

    OdpowiedzUsuń