wtorek, 7 października 2014

w górach jest wszystko, co kocham

Spędziliśmy absolutnie świetny, wspaniały, rewelacyjny weekend ze starszym synem na rajdzie rodzinnym PTTK w Beskidzie Wyspowym!!!!
Kocham góry, a w szczególności Beskidy i Bieszczady. Większość moich najlepszych wspomnień sprzed narodzin dzieci ma w tle górskie szlaki.

Nie jestem jakąś wielką wyczynową turystką. Nie lubię wędrówek z wielkim plecakiem dźwigając cały dobytek, nie przepadam za spaniem po kilka dni pod rząd w namiocie, niedomyciem i życiem nomada. Lubię trekkking. Jakaś tania kwatera tak by było gdzie się przespać, umyć porządnie po zejściu ze szlaku i zostawić rzeczy i na trasę wyruszyć z małym plecaczkiem. Uwielbiam. Jako dziecko wakacje spędzałam na wsi u dziadków oraz z mamą na wczasach i praktycznie zawsze były to Beskidy. Z mama wędrowałyśmy po dolinkach i niższych szczytach. Tak naprawdę góry poznałam w liceum dzięki mojemu ex - geografowi, a potem miałam szczęście poznać M, byłego harcerza i górskiego łazika. Oni tak naprawdę pokazali mi piękno gór i zarazili łazikowaniem.Wtedy nauczyłam się wędrować po górach, bo wcześniej działałam jak rasowy niedzielny turysta - szybko, szybko, a potem zadyszka i zgon na postoju. Nauczyłam się chodzić swoim tempem, spokojnie, noga za nogą, ale bez konieczności dłuższych przerw i nie męcząc się tak bardzo, kontrolować oddech. W górach oddycham pełną piersią. Czuję się tam rewelacyjnie, uwielbiam leśne ścieżki, odsłonięte szczyty, kocham to uczucie gdy wchodzę na szczyt choć wydawało mi się, że podejście jest ostre i nie dam rady. To miła zmęczenie i ból nóg gdy schodzimy z trasy w zabłoconych butach i spodniach. To jak smakuje ciepła herbata z termosu i kiełbasa z ogniska.
Dawniej praktycznie co drugi weekend jeździliśmy w Beskidy. Odkąd zaszłam w pierwszą ciążę te wypady zrobiły się znacznie rzadsze. To był w zasadzie mój drugi wyjazd od początku ciąży z Tomkiem. Nie jestem zwolenniczką targania ze sobą na siłę małych dzieci na szlak. Ze względu na dzieci i siebie. Nie podoba mi się pomysł żeby dziecko dyndało w nosidle górskim przez dłuższy czas jak plecaczek na przyczepkę, a po drugie jak jedno z rodziców niesie nosidło to drugie musi dźwigać cały pozostały bagaż, którym normalnie dzielimy się z M, a ja jak wspomniałam nie potrafię długo maszerować z większym obciążeniem. Piotrek do tej pory bywał z nami na krótszych szlakach typu dolinki w Tatrach, zazwyczaj tam gdzie dało się przejechać wózkiem. Jego duża potrzeba snu w dzień zwłaszcza gdy nałykał się świeżego powietrza mocno sprawę komplikowało stąd wózek. Teraz już w dzień nie śpi i jak się przekonaliśmy świetnie radzi sobie na górskich ścieżkach.
Tomek został więc z babciami (pierwsze dwie noce poza domem nie licząc szpitala w listopadzie). Wszystko w najlepszym porządku. My zaś wcześnie rano wyruszyliśmy do Bochni, gdzie dołączyliśmy do wesołej grupy (nasz kolega działa aktywnie w oddziale PTTK w Bochni i razem z rodziną też brali udział w rajdzie). Piotrek zachwycony. Na takie wyjazdy jeżdżą zawsze fajni ludzie. Niejeden raz w czasach przeddzieciowych wspólnie rajdowaliśmy. Od razu w ruch poszły gitary, tamburyny, nalewki i ciasteczka. Były dwie trasy - dla rodzin z małymi dziećmi łatwiejsza z przewidzianym długim postojem na ognisko i trudniejsza dla pozostałych. Pokonaliśmy więc pierwszego dnia trasę Białe – Krzystonów – Jasień – Myszyca – przeł. Przysłop, a w niedzielę Dobra- Łopień – przeł. Chyszówki. Piotrek świetnie dawał radę (w butach z Lidla kupionych dwa dni wcześniej i zaimpregnowanych w domu). Przeszedł obie trasy samodzielnie choć momentami brodziliśmy w błocie i było bardzo ślisko. W sobotę pogoda kiepska - wilgotno, szaro, przez większą część trasy wędrowaliśmy w chmurze, ale za to niedziela przywitała nas pięknym słońcem. Pod drodze dwa ogniska, czyli coś co Piotrek uwielbia. Pomagał tacie i wujkowi rozpalać, bawił się w gałęziach w czołg i pożerał kiełbaski. Do tego ognisko wieczorne. Trochę konkursów drużynowych, bo rajd był rodzinny, wybory króla grzybobrania, drobiazgi dla dzieci (kompas, wycinanki) - czego można chcieć więcej? Dziecko w sobotę padło po 20, więc długo na ognisku nie posiedziałam.
Niepokoiłam się jedynie zdrowiem Piotrka. W piątek wszystko było ok, a w niedzielę już na trasie z nosa lecieć zaczęły gęste żółto-zielonkawe gluty. Nieciekawie. Wystraszyłam się trochę i zastanawiałam czy nie zawrócić i nie zrezygnować z rajdu, ale Piotrek był w świetnej formie, więc po prostu zapodałam witaminę C, Profilaktin, przypominałam o wydmuchiwaniu nosa, a na noc zapodałam nurofen. W kwaterze było potwornie zimno (awaria kaloryferów, cienkie ściany), więc spał w ubraniu przykryty kołdrą i ciężką kapą by się nie rozkopać i takie wygrzanie w połączeniu z oddychaniem górskim powietrzem oraz chłód w pokoju chyba wyszły mu na dobre, bo w niedzielę gluty zmalały, a dzisiaj praktycznie nie ma po nich śladu.
Wróciłam przyjemnie fizycznie zmęczona i pozytywnie naładowana. Wróciły miłe wspomnienia z górskich szlaków. Mam nadzieję, że jeszcze będziemy mieli możliwość wysłać Tomka na wakacje do babć i wybrać się z Piotrkiem wiosną na kolejny rajd, a za 2-3 lata już w czwórkę będziemy wędrować górskimi szlakami.
Trochę fotek.















Piotrek i Basia - trzecia kobieta, w życiu Piotrka (po Martusi i Lence)

6 komentarzy:

  1. Wspaniała wycieczka i pozazdrościć takiej wedrówki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ Wam zazdroszczę! Ja też nie mogę się doczekać chodzenia z Lilą, tego pierwszego razu, kiedy w czwórkę ruszymy w góry.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też zazdroszczę! Uwielbiam góry, każdą porą roku, niestety brak czasu spowodował, że dawno już nie udałam się na szlak. Mam nadzieję, że będzie mi dane zabrać tam swoją małą córeczkę jak już się urodzi :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak ja bym chciała na chwilę porzucić morze i pojechać w góry ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Chętnie bym sobie połaziła po górach, bo je uwielbiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wchodzę na Twojego bloga i od razu widzę relację z kolejnej świetnej wycieczki! Jeszcze raz napiszę - macie fenomenalne pomysły na spędzanie czasu z dziećmi.

    Ja też uwielbiam chodzić po górach, zapach przyrody, chłodne rześkie powietrze, mgłę... Niestety H. jest bardzo "niegórski". Tzn. będąc w np. Zakopanem najchętniej poruszałby się po samych Krupówkach :S

    OdpowiedzUsuń