poniedziałek, 10 listopada 2014

dzień dwóch kreseczek

Nie, nie jestem kolejny raz w ciąży. Po prostu wzięło mnie na wspominki. Dobrze pamiętam dni, gdy ujrzałam wreszcie na teście ciążowym upragnione dwie kreseczki. Będę je pamiętała do końca życia



PIOTRUŚ
O Piotrusia staraliśmy się długo. Co miesiąc uważnie obserwowałam swój organizm i w drugiej połowie cyklu każde ukłucie, każdy zawrót głowy, każdą sekundę gorszego samopoczucia interpretowałam jako objawy ciąży. Broniłam się przed tymi myślami bojąc się przeżyć kolejne rozczarowanie, ale uciec przed nadzieją się nie dało. Starałam się nie robić testów przed datą spodziewanej miesiączki by nie przeżyć kolejnego rozczarowania. Pewnie głupio to zabrzmi, ale najgorsze dla mnie było czekania na miesiączkę ze świadomością, że znów się nie udało. Wolałam jeszcze przez kilka miesięcy żyć nadzieją..... W owym pamiętnym cyklu przeżywałam kryzys. Miesiączka na 30-urodziny, kolejne starania podczas wyjazdu w Bieszczady też nie przyniosły rezultatów. Przygotowywaliśmy się do zabiegu badania drożności jajowodów jako kolejnego etapu diagnostyki i teoretycznie ten cykl mogłam uznać za stracony. Zawsze boleśnie odczuwałam owulację i wtedy też tak było, ale dziwnie wcześnie. W 9-10 dniu cyklu. Pamiętam, że miałam nawet chwile zwątpienia w mojego cudownego gino-endo i umówiłam się na wizytę u innego poleconego lekarza. Zrobił USG, z którego można było jedynie odczytać, że owulacja miała miejsce. Było za wcześnie by zobaczył ciążę ;-) Wracałam do domu zdołowana ze straszną migreną. Od wielu wielu miesięcy zachowywałam się w drugiej połowie cyklu jakbym byłą w ciąży, nie piłam alkoholu i nie zażywałam żadnych leków zabronionych ciężarnej. Tego dnia głowa bolała mnie tak bardzo, że poważnie myślałam by złamać swoje zasady i zażyć leki. Leki zabronione w ciąży. Zrezygnowana sądziłam, że przecież i tak w tym miesiącu nic z tego, że już tyle rozczarowań za nami, a jeszcze ten cykl taki dziwny... Nie zrobiłam jednak tego na wszelki wypadek.
Nadzieje gdzieś tam się tliła, ale słabiutka. w 24 dniu cyklu zaczęło boleć mnie podbrzusze jak na okres, jak zazwyczaj. Byłam przekonana, że dostanę go lada dzień. W końcu owu wystąpiła wcześniej niż zwykle to i miesiączki spodziewać można się wcześniej. Brzuch bolał i bolał, ale okres nie przychodził. Postanowiłam, że poczekam do 29 dnia cyklu i wtedy zrobię test. Mężowi nic nie mówiłam. Nie chciałam rozbudzać nadziei ani w nim ani w sobie - słowa powiedziane ma jednak jakaś tam moc.
29 dzień cyklu. To był poniedziałek. Moja mama pojechała do Tunezji, a ja opiekowałam się jej kotem. Przed pracą wsiadłam do samochodu i pojechałam do jej mieszkania, by kota nakarmić i wygłaskać. Po drodze kupiłam dwa testy. Na miejscu okazało się, że nie dogadałam się z moim kuzynem, który miał przyjechać do Krakowa i nocować u mamy. Wojtek przyjechał wcześniej i był już u niej, więc niepotrzebnie jechałam. W torebce był test. W toalecie zrobiłam co trzeba i wrzuciłam go do torebki. Porozmawiałam z Wojtkiem, wypiłam herbatę i wyszłam. Na klatce schodowej zerknęłam na test. Dwie kreseczki, ta druga bardzo blada. Dziwne, ale nie zaczęłam wtedy skakać z radości. Byłam bardzo spokojna - jak nie ja. To zupełnie nie mój typ reakcji na tego typu wieści. Czułam spokój, szczęście, czułam, że jest tak jak być powinno. Działałam racjonalnie. Miałam jeszcze sporo czasu do 9, więc postanowiłam przed pracą wstąpić do laboratorium i zrobić betę-HCG. Zapłaciłam więcej by wyniki było tego samego dnia o 17. Nadal spokojna pojechałam do pracy. Usiadłam przed komputerem. W torebce miałam jeszcze jeden test. Poszłam do toalety i zrobiłam go. Tym razem druga kreseczka pojawiła się bardzo wyraźnie. Wtedy do mnie dotarło. Siedziałam na kibelku, śmiałam się i płakałam. Całą się trzęsłam. Nie dzwoniłam do męża. Chciałam mieć absolutną pewność, więc postanowiłam poczekać do wyniku testu z krwi i powiedzieć mu spokojnie po powrocie do domu. Nie wiem jak wytrwałam ten dzień w pracy. Zadzwoniłam do gina i umówiłam się na kolejny dzień. Nie mogłam się nad niczym skupić. Chciałam trzymać język za zębami by nie zapeszyć, ale nie byłam w stanie. Napisałam do koleżanki. Zadzwoniła druga koleżanka z pracy, taka która wiedziała, że się staramy o dziecko. Traf chciał, że była wtedy sama w 6 mc na urlopie i prosiła mnie bym odebrała dla niej paczkę z portierni następnego dnia. Trzęsąc się powiedziałam jej, że nie wiem czy przyjdę do pracy następnego dnia, bo jestem w ciąży. Szaleństwo. Do laboratorium szłam pieszo. Kiedy odbierałam wyniki badań pani w okienku spytała się mnie czy wynik ma być pozytywny czy negatywny. Odpowiedziałam, że ma być mega pozytywny. Pani uśmiechnęła się i odpowiedziała "no i jest". Trzymałam tę kartkę w ręce i to wszystko zrobiło się bardzo realne. Czułam jakby całe moje dotychczasowe życie zostało oddzielone grubą kreską. Szłam do samochodu zastanawiając się czy nie idę za szybko. W głowie radość i tysiące obaw. W końcu nie byłam jeszcze u lekarza, przecież mam Hashimoto. Po drodze do domu straszne korki. W domu powiedziałam mężowi  :-) Potem cały wieczór leżeliśmy pod kocem słuchając muzyki. Pięknie

TOMUŚ
 Kiedy podjęliśmy decyzję o drugim dziecku mój lekarz pamiętając długie starania o Piotrka od razu ponownie skierował mnie do szpitala na endokrynologię ginekologiczną by wykonać pakiet badań hormonalnych. Dostałam aktualne wyniki i ustalił mi leki. To było pod koniec 1 połowy cyklu. Miałam zgłosić się za 3 miesiące. Nawet on nie przypuszczał, że przyjdę za 2 tygodnie. Psychicznie nastawiałam się, że starania znowu trochę potrwają i postanowiłam nie myśleć o tym specjalnie. Zresztą przy 2.5-latku nie miałam tyle czasu na analizowanie swojego samopoczucia jak za pierwszym razem. Na wszelki wypadek podczas sąsiedzkiej wizyty zamiast ulubionego piwa imbirowego piłam soczek, ale z głębokim przekonaniem, że to zbędna środki ostrożności, bo przecież na pewno starania długo potrwają, przecież leki muszą zacząć działać. Pod koniec cyklu brzuch zaczął pobolewać. Ustaliłam z szefem, że spóźnię się trochę do pracy, ponieważ musiałam pojechać do szpitala odebrać resztę wyników badań. Poszło mi szybciej niż sadziłam, więc stwierdziłam, że na wszelki wypadek zahaczę o laboratorium i zrobię betę-HCG. Tym razem się nie śpieszyłam. Wynik miał być następnego dnia. Rano okresu znowu nie było. Po drodze do pracy kupiłam test. Nie wiem czemu, przecież czekałam na wynik badania z krwi. Zrobiłam test, przykryłam go kartkami i zajęłam się sprawdzaniem firmowej poczty. Po 5 minutach zajrzałam, a tam bledziutka druga kreseczka. Podobnie jak za pierwszym razem z początku zachowywałam się spokojnie. Moją pierwszą myślą było "no tak, wiedziałam". Weszłam na stronę diagnostyki by sprawdzić wynik bety online a tutaj surprise. Zapomniałam hasła do konta. W tym momencie obudził się we mnie raptus. Mogłam poczekać do końca dnia pracy i potem odebrać wynik, ale stwierdziłam, że absolutnie, absolutnie nie wytrzymam tylu godzin, muszę wiedzieć na pewno tu i teraz. Wyszłam z pracy pod pretekstem załatwienia czegoś w urzędzie. Odebrałam wynik. Nie patrzyłam na kartkę. Schowałam ją do torebki, wyszłam, usiadłam na ławce . Bałam się sprawdzić. Wynik był pozytywny :-) Euforia, trzęsące się ręce, telefon do męża, g+ do koleżanki, sms do przyjaciółki, telefon do gina. Pragnęłam wykrzyczeć radość całemu światu. Powrót do pracy z wielkim bananem na twarzy i jednocześnie gonitwa myśli, liczenie kiedy wypadnie poród, jak z przedszkolem Piotrka. Ja jak to ja zaczęłam od razu wszystko organizować..Wieczorem normalne rytuały kąpielowo-książeczkowe z synkiem. Tak inaczej niż 3 lata wcześniej.



7 komentarzy:

  1. ja z drugiej strony:)
    pamietam jak z moja jeszcze nieżoną podjelismy decyzje, że to już odpowiednia pora. wizyta u lekarza, ktory powiedzial abysmy dali sobie czas i sie nie stresowali.. no i za jego rada tak zrobilismy.
    miesiac pozniej zakomunikował nam, że bedziemy rodzicami:) i tak tez sie stalo. bardzo mnie cieszy, ze nie musielismy przechodzic drogi przez męę, gdyż nie wiem jak bym sobie z tym radzil. a ten smieszny pasek mamy zachowany do dzis:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze nie przeczytalam wpisu, ale musze to napisac - na widok tytulu zamarlam :))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakie to piękne! Wspaniale tak wspominać :-) Trochę zazdroszczę...
    jak u mnie inaczej... jak nie miałam pojęcia o Bobku w brzuchu, jak nie wierzyłam kompletnie mimo 5 testów z dwoma kreskami a potem zdecydowałam się samodzielnie go wychowywać. Jak nie wierzyłam że donoszę ciążę. Jak zanim się o Nim dowiedziałam na imprezach usiłowałam pić alkohol, ale kompletnie nie mogłam jakoś ;-) sam się bronił przed Złym, Mądrala!
    Jak to wszędzie dzieje się ten sam Cud Życia a wszędzie inaczej :-)

    Ma_niusia

    OdpowiedzUsuń
  4. My nie czekaliśmy zbyt długo - po powrocie z wakacji (a była to nasza podróż poślubna!) zrobiłam test i zobaczyłam dwie kreseczki :-)
    marucia

    OdpowiedzUsuń
  5. U nas 2x poszło szybko - starszak w pierwszym cyklu starań, jego brat w czwartym. Ale też pamiętam dni testowania, tę euforię i mimo wszystko niedowierzeanie i ten optymizm, że niech się dzieje wokół co chce, a u nas i tak wszystko będzie dobrze.
    A co do nadziei i samego oczekiwania. Teraz, z perspektywy czasu, oceniam starania o drugie dziecko, jako szybkie, ale wtedy, gdy pierwsze udało się od razu, a drugie za 4 podejsćiem, wydawało mi się jakimś dramatem. Starania zaczęliśmy w październiku, 1.1.dostałam miesiączkę i pomyślałam, że jaki Nowy Rok, taki cały rok, i że w 2011 na pewno się nie uda. Poza tym w środku cyklu byliśmy wszyscy chorzy i nie ryzykowaliśmy starań. Tymczasem miesiąc później, w dniu moich urodzin, zobaczyliśmy 2 kreseczki. A zatem, cykl był przesunięty i stworzyliśmy nasze drugie cudo jakoś w 8dc, dla mnie szok, ale widać natura jest nieprzewidywalna, a przesądy do niczego. I całe szczęście :)
    Pozdrawiam
    asta79

    OdpowiedzUsuń