czwartek, 20 listopada 2014

poranek podwójnej mamy pracującej


Gwoli wprowadzenia - poranna logistyka w 95% należy do mnie. Mój mąż wychodzi z domu ok. 6.45 by zdążyć dojechać przez korki do pracy i nie da rady ani zawieźć Piotrka do przedszkola (otwarte jest od 7, jeśli sprzed przedszkola wyjedzie choćby nawet o 7.02 nie zdąży na czas), ani zawieźć Tomka do teściowej (dziecko musiałoby być budzone i wyszykowane na 6 rano). Ja zaczynam pracę później i codziennie zawożę Piotrka do przedszkola. Ponadto w poniedziałki towarzyszy nam Tomek, bo z przedszkola jedziemy po moją mamę na drugi koniec miasta, przywozimy ją do domu i dopiero potem wyruszam do pracy, a w czwartki i piątki po odstawieniu Piotrka zawożę Tomka do teściowej. Wtorki i środy są łatwiejsze, bo jest u nas moja mama, więc Tomek rano nie musi z nami jeździć, odpada mi ubieranie go do wyjścia, ale tylko to, bo moja mama lubi dłużej pospać i zazwyczaj wstaje tuż przed moim wyjściem przejmując ubranego, umytego i nakarmionego już Tomka.
To czwartek na przykład.
PORANEK IDEALNY
Mąż wstaje i szykuje mi herbatę i małe śniadanie. Prowiant do pracy mam już przygotowany poprzedniego wieczora (moja firma przeniosła się w takie miejsce, że do najbliższego sklepu jest pół godziny w obie strony, więc nie wchodzi w grę szybkie wyskoczenie po przekąskę, to samo tyczy się jakiegoś jedzenia na wynos. Zawsze zabieram z domu obiad i odgrzewam w mikrofali by do domu wracać najedzona, do tego jakieś bułeczki, wędlina, owoce, jogurt. Taki mam metabolizm, że do godziny 17 muszę jeść często i dużo, inaczej jest mi słabo, niedobrze i boli mnie głowa). Budzik mam nastawiony odpowiednio wcześniej i spokojnie wstaję przed dziećmi, myję się, ubieram, robię makijaż, układam włosy i mam jeszcze chwilę czasu na wypicie ciepłej herbaty i zjedzenie śniadania. Przygotowuję butelkę mleka dla Tomka i drobną kanapkę dla Piotrka (je śniadanie w przedszkolu, ale lubi coś małego przekąsić w domu). Słyszę, że Tomek zaczyna pogodnie gadać w swoim łóżeczku, więc zabieram butelkę i idę na górę. Jestem już całkowicie wyszykowana, na ganku czeka torebka i torba z prowiantem i ewentualnie to co mamy zabrać do przedszkola (gumowe spodnie nieprzemakalne, zeszyt do logopedii). Jeśli Tomek jeszcze się nie obudził sam idę delikatnie go wybudzać. Po drodze zaglądam do pokoju Piotrka i przygotowuję mu ubranie, budzę go włączając płytę z piosenkami. Piotrek leniwie przeciąga się. Przytulamy się, drapię go po plecach, pytam co mu się śniło. Mówię mu, że może jeszcze chwilę poleżeć, bo idę karmić Tomka, ale tylko chwilę, i proszę by potem poszedł do łazienki umyć zęby, umył się i ubrał. Nie ma protestów. Tomek uśmiechnięty siedzi w łóżeczku i czeka na mnie. W pieluszce nie ma jeszcze grubszej porannej sprawy, więc możemy spokojnie zacząć dzień od mleka, a nie od przebierania. Wciąga flachę. Sadzam go na dywanie. On się bawi, a ja przygotowuję mu ubranie. Zaglądam do Piotrka (drzwi do pokojów chłopcy mają obok siebie, na prostopadłych ścianach. Piotrek jest już umyty i kończy się ubierać. Pomagam mu jeśli z czymś ma problemy. Piotrek uśmiechnięty schodzi na dół zjeść śniadanie i chwilę bawi się w salonie. W międzyczasie Tomek wykonuje poranną kupę, ale taką bez wycieków i do ogarnięcia chusteczkami. Przewijam go i ubieram bez większego wicia się i prężenia, biorę go w jedną rękę, w drugą worek ze śmierdząca pieluchą i pustą butelkę. Tomek ląduje na podłodze w salonie, ja myję butelkę, wyrzucam worek za drzwi, ubieram Tomka (bez większych protestów) i sadzam na podłodze na ganku, potem ubieram się ja i Piotrek. Piotrek dostaje klucz do garażu i schodzimy na dół. pakujemy się do samochodu i jedziemy do przedszkola. Tomek pod pachę i wchodzimy do szatni. Tomek na podłogę, Piotrek się rozbiera  radośnie biegnie do sali machając mi na dowiedzenia. Niosę Tomka z powrotem do samochodu i bez korków dojeżdżamy do teściowej, rozbieram go, chwila pogawędki z teściową i spokojnie jadę do pracy. Ba - mam nawet kwadrans rezerwy by wstąpić po drodze do Lidla lub Buczka po coś do jedzenia (jeśli akurat nie wszystko miałam w domu).

Bywa tak czasem. Bywa  tak.

PORANEK TROCHĘ GORSZY NIŻ PRZECIĘTNY
Mąż rano w niedoczasie sam w biegu chwyta cokolwiek do jedzenia. Ja przysypiam po budziku i kiedy orientuję się, która już godzina z obłędem w oczach biegnę w piżamie do kuchni i usiłuję jednocześnie przygotować mleko - mleko w puszce na wykończeniu, więc biegnę do spiżarni w piwnicy po nowe opakowanie (a że na zaspane oczy ledwo widzę rozsypuję proszek naokoło), herbatę, szukam pojemnika na obiad, nalewam do słoika zupę rozlewając ją naokoło, w biegu wrzucam do torby pomarszczone jabłko i szczerniałego banana i słyszę płacz Tomka. Pędem na górę, po drodze budzę Piotrka. Piotrek wściekły oznajmia mi, że nie ma zamiaru wstawać, ale chwilowo odpuszczam, bo Tomek zanosi się od płaczu. Znaczy bardzo głodny. Wyciągam go z łóżeczka. Smród  taki, że nos urywa, na piżamie plamy - grubsza sprawa i dziecko nadaje się tylko do wanny, ale jednocześnie płacze z głodu. Nie podejmuję się myć go w takim stanie, więc sadzam go na kolanach i tak we trójkę Tomek, jego kupa i ja zapodajemy mleko. Ok, zjadł, humor wrócił, ale tylko na chwilę bo zaczynamy akcję doprowadzania go do stanu używalności. Po drodze do łazienki zaglądam drugi raz do Piotrka i proszę go by wstał, ale mój syn nadal twierdzi, że nie ma zamiaru. Rozbieram Tomka, ładuję do wanny, myję i zostawiam na chwilę w wodzie. W tym czasie na szybko zapieram w misce piżamkę. Wyjmuję Tomka z wody. Jest niepocieszony, że kąpiel trwała tak krótko. Synku przepraszam, za 15 minut powinniśmy wyjeżdżać z garażu. Ubieram Tomka i idziemy do pokoju Piotrka. Z wielkim trudem wydobywam go spod kołdry i przy akompaniamencie marudzenia ubieram. Potrafi rzecz jasna sam, ale gdy jest na nie trwałoby to godzinę, Nie mamy czasu. Myje zęby. Zostawiam chłopców w pokoju Piotrka ale z otwartymi drzwiami, by widzieć co majstruje Tomek. Teraz kolej na mnie - jestem cały czas w piżamie i nieumyta. Ekspresowa toaleta, makijaż, nie mam czasu na układanie włosów więc opaska. W tym czasie Tomek ładuje mi się do łazienki i usiłuje dotrzeć do bidetu. Blokuję go nogą by nie zalał się wodą i czuję, że wykonał kolejną kupę. Z powrotem na przewijak. Biegnę się ubrać w cokolwiek, co nie jest dramatycznie pomięte. Skarpetki nie do pary? Trudno w butach nie widać. Lakier na paznokciach schodzi? Wciskam do kieszeni zmywacz i buteleczkę lakieru. Zrobię z tym porządek w międzyczasie w biurze. Biorę Tomka pod pachę, w drugą rękę butelkę i worek z brudną pieluchą i proszę Piotrka by zszedł na dól. Piotrek niepocieszony, że nie ma czasu się pobawić. Jeszcze bardziej niepocieszony jest gdy dowiaduje się, że niestety nie ma czasu na śniadanie. Taka wyrodna matka, nieważne, że za 10 minut dostanie pyszne śniadanie w przedszkolu. Przekupuję go herbatnikiem. Myję butelkę i ubieram Tomka w kurtkę, buty, szalik czapkę przy akompaniamencie protestów. Ubieram siebie, pomagam ubrać się Piotrkowi, schodzimy do garażu gdzie przypominam sobie, że zapomniałam torby z prowiantem/zeszytu do logopedii/zabawki na dzień z zabawką etc. Zostawiam chłopców zapiętych w aucie i biegnę pod górę. Dojeżdżamy do przedszkola. Niosę Tomka do szatni, sadzam na podłodze. Piotrek prosi bym odprowadziła go do sali. Ubieram ochraniacze na buty, Tomek na ręce (które mi do noszenia go mdleją), jakieś negocjacje z synem, który akurat ma gorszy dzień i niechętnie zostaje w sali. Biegnę z Tomkiem na rękach z powrotem do samochodu. jedziemy do teściowej. Korki. Wpadam zziajana i przekazuję jej Młodego w drzwiach. Jadę do pracy. Korki. Nie mam czasu by wstąpić do sklepu, ale muszę bo nie mam  bułki/wędliny na śniadanie (nie nie jadłam jeszcze)/obiadu. Trudno. Jeśli nie kupię teraz będę głodna cały dzień.Wskakuję do sklepu licząc na to, że szef się spóźni. Parkuje pod pracą, biegnę na trzecie piętro, Ufffff. Herbata, kanapka i odpalamy firmową pocztę. Jak spokojnie.

Oto dlaczego poniedziałkowy poranek w pracy jest dla mnie w gruncie rzeczy czymś miłym i dlaczego w weekend zanim się gdzieś wybierzemy jest południe. Po całym tygodniu śpię do oporu na ile pozwolą mi dzieci i nie mam zamiaru rano nigdzie się spieszyć.

:-))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))


5 komentarzy:

  1. MAaaaaasakra! Podziwiam Cie! Rzeczywiscie logistyka tu podstawa. U nas jest odwrotnie, to ja wychodze prosto do pracy, a maz zostaje z Mala. Tyklko, ze u nas niania (moja siostra) dojezdza do nas i nikogo nigdzie nei trzeba wozic i ogolnie o wieeeele luzniejsze mamy poranki ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Straszny harmider ja bym się pewnie pogubiła gdzieś po drodze ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zrobilam kiedys takie porownanie porankow z mala Cami, wiadomo, z jednym dzieckiem jest latwiej, o tutaj http://malutkacamilla.blox.pl/html/1310721,262146,169,170.html?5,1

    OdpowiedzUsuń
  4. o kurcze, jak przeczytałam pierwsza wersję to się przeraziłam - zwłaszcza tym jak to Twój syn sam idzie grzecznie się myć, ubierać itd U nas syn ma 7 lat i zdarza się, że nie mogę Go doprosić by poszedł do łazienki albo żeby już zszedł i zaczął jeść śniadanie. Po drugiej wersji trochę się uspokoiłam :-)
    Przyznać trzeba, że niejedna z nas właśnie w pracy "uwielbia" poranki albo odpoczywa po weekendzie !
    marucia

    OdpowiedzUsuń
  5. O, prawie jak u nas (znaczy sie ta druga wersja)! ;) Z ta roznica, ze my wszyscy solidarnie wstajemy okolo 5:30, bo na 7 dzieci musza byc u opiekunki, a ja pedzic do pracy. Cale szczescie, ze moje Potworki to ogolnie ranne ptaszki, a tak wczesnie nie chca jesc, musza tylko obowiazkowo wypic po kubku kakao, a maz zawsze zdazy czesciowo ogarnac chociaz jedno. :) No i zawoze ich w to samo miejsce, to tez zaoszczedza mi cennego czasu. Ale poza tym, to caly ten pospiech i chaos sa mi doskonale znane. ;)

    OdpowiedzUsuń