wtorek, 30 grudnia 2014

Święta rodzinki S fotograficznie

Święta święta i po świętach. Początek trudny - wielkie maruderstwo Tomka w Wigilię i pierwszy dzień Świąt. Potem przemiana w aniołka. Kilka dni wcześniej w prezencie nasz mlodszy syn naprawił się i znów przesypia noce w całości lub z jedną tylko pobudką.
Nie podziewałam się, ale naładowały mnie te Święta pozytywnie emocjonalnie. Odnalazłam z powrotem w sobie pokłady cierpliwości i siły do trójki moich chłopaków. Nabrałam dystansu. Wprawdzie teraz u schyłku Starego Roku siły fizyczne mam na wyczerpaniu, czuję się chorawa i sypiąca się (trzy ukruszone plomby na dzień przed Wigilią!), ale emocjonalnie psychicznie jest o niebo lepiej niż ostatnio.
Trochę fotek.



W Wigilię było dekorowanie domu - po raz pierwszy mieliśmy "hamerykańskie" światełka ku uciesze chłopców
Wigilia u nas w pełnym składzie. My, moja mama, teściowie, szwagier, szwagierka i ich syn. Fajnie, że się udało. W zeszłym roku ten dzień spędziliśmy w mniejszym gronie z powodu choroby Antka, więc do końca nie wiedzieliśmy, czy uda się chłopakom tak zgrać by wszyscy troje w jednym czasie byli zdrowi, ale udało się i było miło pomimo, że teściowie nie rozmawiają ze sobą, traktują się jak powietrze, a teściowa pod koniec wieczoru nakręciła się i zaczęła krytykować szwagranka i metody wychowawcze szwagrów.
Czekanie na gości.


prezenty
Wieczorem karty z moją mamą, która została u nas na noc.
W pierwszy dzień Świąt odwieźliśmy mamę do domu. Była zabawa prezentami - klocki Lego rządzą (a tym szykuję osobny wpis)



Moje ulubione zdjęcie - Tomiś zaniepokojony faktem, że wynieśliśmy jedzenie na taras. Nasz młodszy syn uwielbia bawić się w kucharza i przesiadywać w kuchni. Garnki i przybory kuchenne to jego wielka pasja, a i apetyt ma niezgorszy.
Był też spacer po Krakowie. Krótki, bo choć temperatury dodatnie i słońce to wilgoć w powietrzu przeszywała na wylot


Drugi dzień Świąt przywitał nas śniegiem. Nie znoszę ale... dla dzieci udałam entuzjazm. Pobawiliśmy się trochę przed domem, a po południu odwiedziliśmy wujka w Skawinie. Rodzinka zapraszała nas na wieś na weekend. Wahaliśmy się, bo miało tam przyjechać bardzo dużo ludzi (zjazd kuzynów z pokolenia mojej mamy), dom mały a Tomek bardzo marudny. Do tego śnieg i ślisko. Jednak Tomkowi humor poprawił się bardzo w piątek, a Piotrek zaczynał nudzić się bez towarzystwa kumpli z przedszkola, więc postanowiliśmy pojechać na jeden dzień.
Spotkanie pokoleń - prababcia z najmłodszym, siódmym prawnuczkiem.
Tomek w raju - pichcił na piecu z chrzestnymi.
Bajki w przerwie szaleństw.
Wróciliśmy w sobotę wieczorem. Wyruszyliśmy w drogę powrotną o 19, gdy Tomek padał już ze zmęczenia i to była bardzo dobra decyzja, choć wszyscy zachęcali nas by zostać na noc. Tam jednak impreza trwała w najlepsze i choć mielibyśmy osobny pokój to ściany są tam jak z papieru i na bank Tomek miałby problemy ze spaniem w tym halasie. Uznaliśmy, że nie ma sensu męczyć się do późnej nocy tylko po to by rankiem wyjechać, bo baliśmy się korków w niedzielę. Jak się okazało slusznie. Nam droga zajęła 1.5 h, zaś moi kuzyni tą samą trasą w niedzielę jechali prawie 4h. Dziękuję za korek na autostradzie zimą z rocznym dzieckiem uwiezionym w foteliku ;-) Poza tym miałam chyba przeczucie, bo Tomkowi coś zaszkodzilo i w nocy z soboty na niedzielę zafundowal nam pawika na całe łożko. Zdecydowanie lepiej ogarnia się nocne pawiki w domu niż w gościnie.
Niedzielę spędzilismy zaś całkowicie w domu. Znowu klocki, jakiś film i dojadanie pyszności.





1 komentarz: