piątek, 30 stycznia 2015

blogosfera

Lubię ja. Fascynuje mnie ta siatka. Fascynują mnie social media, cały ten mechanizm. Czasem myślę, że szkoda, że nie jestem młodsza, bardziej dyspozycyjna, że nie mogę pozwolić sobie na razie finansowo i czasowo na nowe studia. Na razie mnie to kręci. Relaksuje. Rzadziej angażuję się w długaśne dyskusje, ale z zaciekawieniem przyglądam się trendom. W głowie mam mnóstwo pomysłów na własne wpisy, ale weny chwilowo brak. Jednak jestem. Na razie jestem. A za jakiś czas pewnie znudzę się i zniknę. Na razie net częściowo zaspokaja moją potrzebę interakcji z ludźmi, która z przyczyn obiektywnych w czasie rzeczywistym nie jest zaspokajana w sposób mnie satysfakcjonujący. Za jakiś czas pewnie coś zmieni - albo moje potrzeby albo możliwości.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

nietypowe objawy pasożytów - ku przestrodze




Pisze by podzielić się swoimi doświadczeniami. Może ktoś ma podobny problem. Piotrek lat 4 i pół od zeszłego poniedziałku miał problemy z pęcherzem (przynajmniej tak wtedy sądziłam). Biegał do toalety dosłownie co kilka minut po to by oddać parę kropelek. Nie był w stanie normalnie funkcjonować. Na wyjście do lekarza musiał mieć założoną pieluchę bo nie wytrzymywał nawet 5 minut. To samo w nocy. Dodam, że wychodził wtedy z wirusowej infekcji górnych dróg oddechowych, więc zapalenie pęcherza wydawało mi się prawdopodobne. Zastosowałam standardowe środki. Furagina, żuravit, kwaśne jedzenie i picie, ciepłe kąpiele i nasiadówki. Zero poprawy. Zrobiłam badanie moczu - wyszło OK. Brak bakterii w osadzie, jednak na wszelki wypadek i tak oddałam mocz na posiew (dziś odebrałam wynik - jałowy). Piotr twierdził, że nic go nie boli, był wesoły, miał apetyt i energię, tylko co chwilę przerywał zabawę na sikanie. Wydawało mi się to dziwne, bo miał wcześniej dwa razy bakteryjne zakażenie pęcherza i wiązało się to z gorączką i fatalnym samopoczuciem. Po kilku dniach bez poprawy zaczynałam się załamywać, bo nie miałam już pomysłu jak pomoc własnemu dziecku, które z powodu tych dolegliwości było praktycznie wyłączone z funkcjonowania w społeczeństwie.  On nawet 5-muinutowej bajki nie był w stanie w całości obejrzeć....Zdesperowana w piątek poszłam z nim do zaufanego urologa, do którego chodzimy od urodzenia dziecka (wodniaki i wnętrostwo). Przeanalizował wyniki, zrobił mu usg jamy brzusznej, nerek, pęcherza i stwierdził, że z urologicznego punktu widzenia jest OK. Zasugerował natomiast pasożyty. Jego syn miał takie objawy. Przyznam, że byłam zaskoczona. odrobaczamy się w miarę regularnie (ostatnio jesienią) i na ten temat czytałam dużo, ponieważ moje koleżanka z pracy ma duże problemy z pasożytami u dziecka i siłą rzeczy "towarzyszyłam" jej w jej pielgrzymkach po lekarzach wszelkich specjalności dopóki nie znaleźli przyczyny i zaczęli się dokształcać na ten temat.  Wiem, że testy z kału są często fałszywie negatywne, wiem, że diagnozować powinno się objawowo i że objawy to nie tylko swędzenie, ale też wysypka a nawet nawracające infekcje dróg oddechowych. U Piotrka żadnych objawów nie było poza stałym parciem na mocz, a więc jakimś dyskomfortem w obrębie cewki moczowej (ale nie bólem). W piątek wieczorem przed snem podałam Zentel i założyłam na wszelki wypadek pieluchę. Po kilku godzinach była sucha a przed snem dziecko nadal odwiedzało toaletę co kilka minut. Następnego dnia oddawał mocz znacznie rzadziej. Musieliśmy jeszcze trochę popracować nad psychiką, ponieważ zakodował sobie potrzebę częstego odwiedzania toalety, a i mięśnie cewki po kilku dniach stałego napinania musiały na nowo nauczyć się prawidłowo reagować. W sobotę praliśmy, czyściliśmy i wyparzaliśmy co się dało (konieczna jest wymiana pościeli etc PO nocy z lekiem, o czym niewielu wie). Dziś prasuję. Poszliśmy na pokaz eksperymentów chemicznych i zainteresowany tym co się dzieje bez toalety pod ręką spokojnie wytrzymał 2.5h bez wspominania o potrzebie pójścia do niej, co jeszcze 24h wcześniej było nie do pomyślenia Dwa dni po zażyciu Zentelu sytuacja wróciła do normy. Zbieg okoliczności? By może. Być może co mało prawdopodobne pomieszali w laboratorium próbki moczu (a były dwie - na badanie ogólne i posiew). Może było zapalenie i jakimś cudem ustąpiło dokładnie w momencie podania leku (bo chwilę przed podaniem Zentelu dziecko siedziało na toalecie cały czas, a potem poszło spać i spało SUCHO). Pamiętajcie, że pasożyty mogą dawać bardzo różne objawy i warto wziąć taką ewentualność pod uwagę, gdy standardowe metody leczenia jakieś dolegliwości zawodzą. To mit, że tylko brudasy i niechluje borykają się z tym problemem. To dotyczy prawdopodobnie każdego z nas w mniejszym lub większym stopniu.

środa, 21 stycznia 2015

deficyt czasu

Blog znów zaniedbany. Czytam Wasze, ale zazwyczaj nie mam jak komentować (nie znoszę stukania na komórce lub tablecie). Do kompa mam dostęp w pracy i późnym wieczorem. Jak wyjdę na prostą wrócę. Na razie chorujemy. Piotrek wychodzi z przeziębienia, za to ma problemy z pęcherzem. Sika co kilka minut. Jutro badanie moczu. I jutro MUSI iść do przedszkola mimo wszystko, bo mam naprawdę alarmową sytuację w pracy. Mój ewentualny zastępca na targach w USA, w pracy kontrola z urzędu celnego (dwa razy przesuwana moim rannym telefonem gdy okazywało się, że nie mogę przyjść do pracy bo dzieci chore), do tego w pracy zwolnienia, a ja jestem do odstrzału. To tak w skrócie. Tomek przeziębiony, ja się trzymam jako tako, dziś poległ mąż.
Trzymajcie się ciepło

piątek, 16 stycznia 2015

Tomasz


Tomek 15 października skończył 15 miesięcy.

8 stycznia zaczął chodzić i w ciągu tygodnia opanował tę czynność całkiem dobrze. Coraz rzadziej raczkuje. Uczy się kucania i wstawania bez podpórki. Je sam, nie pozwala się karmić. Z tego powodu ostatnio praktycznie nie jada zup, które lubił. Nikt nie jest w stanie go nakarmić, ale sam nie umie jeszcze donieść łyżki z zawartością do paszczy i bardzo się złości, ale pomocy nie przyjmie. Poranna i wieczorna butla mleka musi jednak być podana przez mamę. Mały leniuch odmawia samodzielnego trzymania, rozsiada się wygodnie, przytula i każe się karmić.
Aktualnie mam wrażenie, że to jest taki człowiek-ekstremum. Jak ma fazę spokojniejszą, kiedy potrafi zająć się sam sobą to w zasadzie dziecka a nie ma. A kiedy ma okres na wiszenie na rodzicu to też na max. Ostatnio przechodzimy taki właśnie bardziej intensywny czas. Ostatnio czyli odkąd skończył rok. Zaczęły się tantrumy i ataki histerii. Podobnie jak u brata tylko bardziej teatralnie. Gdy Tomek się wścieka to siada na ziemi i kładzie głowę na podłodze lub już w ogóle centralnie kładzie się krzyżem na ziemi pupą do góry i rozpacza. Trwa to chwilę, a potem wraca do przerwanych czynności. Uwielbia być noszony na rękach lub na barana. To straszny przytulas, taka mała przylepa. Jeśli akurat nie mogę wziąć go na ręce kładzie się na podłodze i złości lub rozpacza.
Najbardziej na świecie lubi bawić się w kucharza i to już od wielu miesięcy. Ciągle miesza w garnkach, smaży, gotuje. Najlepsze zabawki to miski, garnki, łyżki i przykrywki. Po podłodze w domu pałętają się więc kuchenne utensile, a znalezienie patelni (prawdziwej patelni) pod prysznicem nie należy do rzadkości. Wygospodarowałam mu jedną szafkę w kuchni, gdzie trzymam bezpieczne akcesoria i on sobie tam grzebie. Na drugim miejscu wśród ulubionych zabawek są klocki (będzie budowniczy jak starszy brat) i samochody. Książeczki na razie nie budzą jego większego zainteresowania.
Bardzo lubi muzykę. Już jako kilkumiesięczny niemowlak bawiąc się grającymi zabawkami oglądał je ze wszystkich stron szukając źródła dźwięku. Kiedy spodoba mu się jakiś utwór zastyga w bezruchu i słucha lub tańczy. W obu przypadkach bardzo mocno ją przeżywa. Na pewno wyczucie rytmu i słuch ma lepsze niż brat. Na wieczorze kolędowym u sąsiadów grała profesjonalna wiolonczelistka - nie odstępował jej na krok i słuchał zafascynowany.
Nie mówi wiele. W zasadzie tylko "mama" i słowa we własnym języku. Rozwija się mniej więcej w tym samym tempie co starszy brat, więc nie spodziewam się jakiegoś przełomu przed drugimi urodzinami
Przechodzi fazę ostrego lęku separacyjnego, skoków rozwojowych, ząbkowania (mamy 8 zębów, idą czwórki) - whatever. W każdym razie od listopada noce są koszmarne, z krótką półtoratygodniową przerwą. No i ostanie dwie noce były OK. Położony wieczorem usypia najchętniej na moich kolanach lub na ramieniu (kręgosłup mi wysiada, bo to jednak już 11 kg żywej wagi a nie noworodek), pośpi godzinę, czasem dłużej, a potem zaczyna płakać i czasem udaje się go utulić i zaśnie do 2-3 nad ranem i wtedy ląduję u nas w łóżku, a czasem od razu muszę się z nim położyć. Rano nie mam opcji by zostawić go samego w naszym łóżku i iść do toalety, bo natychmiast się budzi, a nie potrafi bezpiecznie zejść z łóżka, przez sen też może spaść. Obstawiamy łóżko krzesłami, poduszkami, ale boję się go jednak zostawić samego i zejść na dół do kuchni. Czasu na relaks, pobycie z mężem, pracę, naukę, obowiązki domowe wieczorem mam w zasadzie zero.
Wchodzi po schodach na czworaka i trenuje wchodzenie normalnie. Wspina sie na kanape. Za chiny ludowe nie mozemy przekonac go do schodzenia tylem. uwielbia robic indianina.
Je prawie wszystko. Ostatnio na topie mandarynki i zolty ser.
Kocha brata ale i zaczyna okazywac zazdrosc. Potrafi go odepchnac gdy sie do mnie przytula, ale tez sam niezgrabnie go przytula i glaszcze gdy Piotrek jest smutny.

środa, 14 stycznia 2015

środa, 7 stycznia 2015

z drogi śledzie narciarz jedzie

Ani ja ani mój mąż nie umiemy jeździć na nartach. Nasi sąsiedzi za to jak najbardziej. W zeszłym roku wymieniali sprzęt synowi i dostaliśmy od nich dziecięce narty, buty i kask. Piotrek do tematu podszedł entuzjastycznie, ale to jednak jeszcze nie był ten właściwy moment. Pierwszy raz narty miał na nogach gdy M pojechał z nim i sąsiadami do Białki. Zjechał raz z oślej łączki, a potem emocje wzięły górę i po prostu zasnął w samochodzie. Stwierdziliśmy, że na razie wystarczy podjazd u sąsiadów i górka w parku, ale tak się złożyło, że śniegu w zeszłym roku w Krakowie było jak na lekarstwo (nie żeby mnie to jakoś szczególnie martwiło ;-) i narty założył w sumie tylko dwa razy. Trzeci raz na nogach miał je w zeszły wtorek i wtedy zatrybiło. Pogoda cudna, śnieg idealny, a Piotrek poinstruowany przez sąsiadów od razu załapał jak się pochylić by się nie przewracać i miał niezłą frajdę. Mamy nadzieję, że w tym roku będzie miał częściej okazję pojeździć. Mąż również ma ochotę się nauczyć przy okazji podstaw. Tu jednak pojawia się pewien problem natury logistycznej i bynajmniej nie jest nim Tomek, którym na jeden czy dwa wypady jednodniowe w góry teściowa by się zaopiekowała. Żeby M mógł dla siebie wypożyczyć narty, popróbować, może pod okiem jakiegoś instruktora ktoś musi w tym czasie towarzyszyć Piotrkowi. A ja odpadam chwilowo. Poparzona noga, zwłaszcza udo, goi się kiepsko. Po domu chodzę w bieliźnie i wietrzę rany, ale każde wyjście wiąże się z zakładaniem spodni lub rajstop, które nawet przy opatrunku szorują po obolałych miejscach. Na czwartek i piątek biorę urlop by mieć możliwość powietrzyć nogę, bo w pracy jest to niemożliwe. Jeśli do poniedziałku nie będzie poprawy idę na zwolnienie. Lekarz straszy, że to potrwa kilka tygodni, bo oparzenie jest dość rozległe. W tym momencie na samą myśl o ubraniu ocieplanych spodni i wędrowaniu w śniegu po pagórkach robi mi się słabo.
Jeszcze kilka fotek. Sanki tradycyjne też były (Tomek nieszczególnie zachwycony) i rachityczny bałwan (bałwan w niedzielę gdy śniegu było jeszcze mniej i gorszej jakości).





piątek, 2 stycznia 2015

najgorszy Sylwester i Nowy Rok w życiu

Czy ja pisałam, że rok 2014 nauczył mnie pokory? Haha. Mam szczerą nadzieję, że rok 2015 będzie lepszy niż jego pierwszy dzień, bo jeśli sprawdzi się powiedzenie, że jaki Nowy Rok taki cały rok to chyba sobie w łeb strzelę. Serio. To był najgorszy Sylwester i Nowy Rok w moim życiu. Jestem wyczerpana, przemielona fizycznie i psychicznie i obolała. Przebił nawet pamiętnego Sylwestra, którego spędziłam na pogotowiu z rozciętym łukiem brwiowym.
A przepraszam był jeden fajny akcent. Moja kuzynka zaręczyła się o północy w Sylwestra. Będzie wesele w tym roku.
Po kolei.