piątek, 2 stycznia 2015

najgorszy Sylwester i Nowy Rok w życiu

Czy ja pisałam, że rok 2014 nauczył mnie pokory? Haha. Mam szczerą nadzieję, że rok 2015 będzie lepszy niż jego pierwszy dzień, bo jeśli sprawdzi się powiedzenie, że jaki Nowy Rok taki cały rok to chyba sobie w łeb strzelę. Serio. To był najgorszy Sylwester i Nowy Rok w moim życiu. Jestem wyczerpana, przemielona fizycznie i psychicznie i obolała. Przebił nawet pamiętnego Sylwestra, którego spędziłam na pogotowiu z rozciętym łukiem brwiowym.
A przepraszam był jeden fajny akcent. Moja kuzynka zaręczyła się o północy w Sylwestra. Będzie wesele w tym roku.
Po kolei.

W zasadzie zaczęło się już wieczorem 30-go. Czułam się słabo i telepało mną. Tomek również był niespokojny. Położyłam się z nim i tak leżeliśmy całą noc. Co próbowałam się ruszyć to mnie muliło, a on się budził. W końcu po średnio przespanej nocy obaj puściliśmy pawika i poczuliśmy się dużo lepiej. Słaba byłam jak kot, ale jakoś zwlekłam się do pracy. Do ok godziny 20 jeszcze wydawało się, że wieczór będzie miły i nic nie zapowiadało noworocznych katastrof. Popracowałam, pozamykałam kilka spraw i zgodnie z umową z szefem o 13 wyszłam by odebrać Piotrka wcześniej z przedszkola i jechać z nim do kina. Dziecko miało darmowy bilet w zamian za zbieranie zużytych baterii w przedszkolu i trzeba go było wykorzystać do końca roku. Cały czas byłam bardzo słaba, ale funkcjonowałam. Skubałam suchą bułkę, piłam pepsi i było OK. Pojechaliśmy do kina, wróciliśmy, ogarnęliśmy się i wyskoczyliśmy na chwilę do sąsiadów na kinderbal. M zastał z Piotrkiem dłużej, a ja z Tomkiem ok. 20 zebrałam się domu, bo Młody był już bardzo śpiący. Wsadziłam go do wanny i wtedy właśnie zaczęłam bardzo źle się czuć. Zawroty głowy, było mi słabo, ogólna delirka. A telefon zostawiłam w plecaczku u sąsiadów! Zero możliwości zadzwonienia do męża z prośbą by już wracał, bo nie posiadamy telefonu stacjonarnego, Tomek mokry w wannie, na zewnątrz mróz. Resztką sił wyjęłam go z wanny i na podłodze wytarłam i ubrałam - bałam się go podnosić i oporządzać na przewijaku na wypadek gdybym zemdlała. Nakarmiłam, położyłam spać i padłam jak stałam. Bez prysznica, z tłustymi włosami, w ubraniu. M z Piotrkiem wrócili przez 22, M położył Piotrka spać, a ja tak leżałam i dogorywałam. W kuchni czekał szampan, przekąski i nic. Mąż obudził mnie minutę przed północą i ledwo zdążyliśmy złożyć sobie życzenia i zerknąć na ognie sztuczne nad Krakowem obudził się przerażony hałasem Tomek. Nawet nie chcę myśleć co by się działo gdybyśmy nadal mieszkali na blokowisku, gdzie huk jest jeszcze większy. I tak płakał do rana, był bardzo niespokojny, chciał do mamy i tylko do mamy, więc znów się z nim położyłam, bo co robić. Męczyliśmy się do rana, a mąż oglądał sam TV.
Nowy Rok rozpoczęliśmy od kłótni. Rano przyszedł Piotrek, obudził się Tomek, zaczęli po mnie skakać, chodzić, a ja leżałam wymęczona, brudna, nieświeża i bardzo słaba po może góra 3 h snu. Maż też spal, bo oglądał tę TV i grał. Obudziłam go (przy okazji źle stanęłam na schodach i o mało znowu nie skręciłam kostki) by zajął się dziećmi, a ten nieprzytomny! No żesz ja niby rześka i żwawa? Z tą różnicą, że on zdrowy a ja chorawa. Dalej już poszło. Kłótnia, scysje i kilka telefonów, z których co jeden to smutniejszy i przynoszący gorsze wieści. Stosunkowo najmniejszym problemem jest fakt, że dowiedzieliśmy się, że najprawdopodobniej musimy od marca na chybcika próbować umieścić Tomka w żłobku na 2 dni w tygodniu lub szukać opiekunki chętnej na 2 dni z autem gotowej dojechać do nas. Tylko tego nam brakowało. Jeszcze w marcu operacja Piotrka. Nie chce mi się nawet wchodzić w szczegóły, a o innych sprawach nawet nie mam ochoty pisać. Porażka po całości. Jakoś dobiliśmy do wieczora, przybici, warczący na siebie, zmęczeni, słabi, smutni, przyjechał mój kuzyn, dzieciaki poszły spać. Poczułam potrzebę zrobienia jednej konkretnej konstruktywnej rzeczy od początku do końca. Zwykle tak mam gdy się wali. Co więc zrobiłam? Rozmroziłam lodówkę w kuchni, która owszem prosiła się o to, bo zamrażalnik pokryty był już taką warstwą lodu, że się nie domykał. Nie wytarłam do końca mokrej podłogi. Chciałam zrobić sobie herbatę, poślizgnęłam się i wylałam sobie na nogę wrzątek. Ból potworny od razu zdjęłam getry i pod zimny prysznic, wrzasnęłam głośno i obudziłam Tomka, M poleciał go uspokajać, ja dygotałam pod prysznicem, a potem razem z kuzynem pojechaliśmy na SOR gdzie spędziliśmy 2 godziny. Noga cała w bąblach i boli cholernie. W nocy nie mogłam spać tym razem z bólu.
Dzisiaj szczerze mówiąc nosiłam się z zamiarem wzięcia urlopu na żądanie i poproszenia teściowej by przyjechała do Tomka i zawiozła Piotrka do przedszkola zamiast wieźć go do niej. Na samą myśl o włożeniu spodni było mi słabo. Ale miałam umówioną wizytę u dentysty na 9 niedaleko niej, a że chodzę teraz na nfz to o terminy nie jest łatwo i było mi szkoda. Jakoś się więc zwlokłam (znowu półprzytomna), ogarnęłam dzieci i sycząc  z bólu do niej dojechałam. Zostawiłam Tomka i w tym momencie telefon z przychodni, że dentystka się rozchorowała i wizyta odwołana. Pojechałam więc normalnie do pracy.
Coś jeszcze? Mam jeszcze jedna lodówkę do rozmrożenia......


5 komentarzy:

  1. O matko to się zaczął ten rok oby dalej było tylko lepiej... Zdrowiej

    OdpowiedzUsuń
  2. O Jezzu.. Faktycznie początek roku jak z horroru, nie wiem czego współczuć Ci bardziej... Życzę by to już był koniec takich atrakcji na... dłuższy czas ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurczę, to faktycznie końcówka i początek roku z piekła rodem. Współczuję Ci Nessie z całego serca. Mam jednak nadzieję, że to tylko głupie zabobony, bo ja może nie aż tak, ale też pierwszy dzień nowego roku dość podle przywitałam.
    Trzymajcie się.
    Ps. Kiedyś podobnie poparzyłam rękę, także łączę się w bólu.

    OdpowiedzUsuń
  4. No nieźle! Całe szczęście, że Sylwester i Nowy Rok tylko raz w roku ;))) A co do powiedzenia "jak Nowy Rok ...". Jak w 2011 01.01. dostałam miesiączki (a od dwóch miesięcy staraliśmy się o drugie dziecko), pomyślałam, że w 2011 to ja w ciążę już raczej nie zajdę. Tymczasem 02.02. miałam już na teście 2 kreski, a w październiku dwoje dzieci ;) Tak więc ta zasada słaba jakaś, choć ja w tym roku akurat życzyłabym sobie, by zadziałała. No dobra, u nas. U Was lepiej niech się nie sprawdza. Pozdrawiam
    asta79

    OdpowiedzUsuń
  5. no faktycznie nieciekawie, ale miejmy nadzieję, że będzie mimo wszystko ciut lepiej, lżej w Nowym Roku.
    zdrówka Wam wszystkich życzę!
    marucia

    OdpowiedzUsuń