poniedziałek, 2 lutego 2015

Tomiś na koncercie i co sądzę o zorganizowanych zajęciach dla malych dzieci

W sobotę spędziłam trochę „quality time” w towarzystwie młodszego syna. Wybraliśmy się na koncert dla niemowląt i małych dzieci GUGU - JAZZ
Tego rodzaju koncerty to dla mnie nie nowość, bo chodziłam na podobne z małym Piotrusiem.
W ciągu ostatniego roku w Krakowie pojawiło się ich więcej i fajnie. Piotrka na koncert nie brałam, bo przetestowałam i wiem, że on niestety nie jest miłośnikiem tego rodzaju eventów. Lubi muzykę, ale w zaciszu domowym, w radiu, na płycie. Na koncertach szybko się męczył tłumem i często narzekał, że jest dla niego za głośno, denerwowali go animatorzy, chusty i inne gadżety. Zresztą zapytany czy ma ochotę iść odmówić, a ja nie nalegałam, bo zależało mi by spokojnie skupić się na Tomku, dla którego było to pierwsze takie przeżycie. Przypuszczałam, że będzie zachwycony i był. Już dawno zauważyliśmy, że jest on bardzo, dużo bardziej niż brat wrażliwy na muzykę. Słuchał zafascynowany przez godzinę bez słowa. Z dystansem, głównie na moich rękach bo tak czuł się bezpiecznie, dopiero pod koniec ostrożnie ruszył na własnych nogach zainteresowany bańkami mydlanymi. Taki już mój synek jest ostrożny i zawsze najpierw musi wybadać grunt Potem padł w wózku.
Nie zamierzam jednak zapisywać go na żadne regularne zajęcia (no może poza basenem). Kiedy Piotrek był malutki trochę przesadzałam, rzucałam się na każdą interesująca ofertę, miałam wyrzuty sumienia, że dziecko spędza czas z babcią na placu zabaw zamiast "rozwijać się" na jakiś gimnastykach dla bobasów, hopsasankach dla maluchów, kreatywnych twórczych warsztatach i innych takich. Frustrowałam się, ze większość zajęć była w godzinach mojej pracy i nie mogłam z nich skorzystać. Jako początkująca mama dałam się trochę ogłupić dzieciowemu marketingowi. Martwiłam się, że Piotrek niezbyt chętnie chodzi na tego typu zajęcia, że chce wychodzić, że bawi się po swojemu w kącie albo ignoruje prowadzącą. Teraz widzę, że niepotrzebnie się wkręcałam. Czy uważam, że takie zajęcia są niepotrzebne? Nie. Są. Tyle, że tak naprawdę nie dzieciom, ale ich rodzicom. Piotrek tak naprawdę zaczął korzystać z nich gdy miał około 2.5 roku. Wtedy przestał bawić się sam, a zaczął dążyć do kontaktu z rówieśnikami. My rodzice czy dziadkowie przestaliśmy mu wystarczać i stało się to zupełnie naturalnie. Wtedy zaczęło mieć to dla niego sens. Ale takie zajęcia owszem są fajne zwłaszcza dla mam na wychowawczym - można wyjść do ludzi, poznać innych rodziców, porozmawiać, zawiązać nowe znajomości i trochę oderwać się od rutyny dom-spacer-plac zabaw (a przy okazji dorobić ideologię, że dba się o wszechstronny rozwój dziecka ;-). Niemniej jednak śmieszą mnie ogłoszenia o zajęciach typu koszykówka dla dzieci od 1 roku życia :-) Mój kolega jest świeżo upieczonym tatusiem, fanem kosza i już snuje plany, że zapisze syna na taką koszykówkę, kiedy tylko ten skończy rok. Nie wyprowadzam go z błędu, że mały sobie po prostu będzie biegał za piłką dokładnie tak jak robiłby w domu czy w parku, albo zainteresuje go jakaś fajna ławka i spędzi godzinę bębniąc w nią. Niech się cieszy ;-)
W każdym razie ja póki co Tomka na żadne regularne zajęcia umuzykalniające, uwrażliwiające na dźwięki czy czort tam wie jeszcze zapisywać nie zamierzam, ale w miarę możliwości czasowych i zdrowotnych chadzać będziemy na tego typu koncerty dopóki Młodemu sprawia to przyjemność.
Jeszcze kilka fotek







2 komentarze:

  1. Ja myślałam o takich zajęciach ale zrezygnowałam, dopiero w wieku przedszkolnym Dasiek chodził na zajęcia plastyczne, Niuniek miał dość atrakcji w przedszkolu, a Niko to bym musiała chyba do samolotu przywiązać żeby miał z tego jakąś radoche, chyba że znajdę takie zajęcia w których by się chłopcy lubowali :)

    OdpowiedzUsuń
  2. W końcu niby szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko, no nie? ;)

    OdpowiedzUsuń