niedziela, 29 marca 2015

w zawieszeniu



Nie czuję kompletnie Świąt. Czekam do wtorku. Po wszystkim może pomyślę o jakiś przygotowaniach w zależności od tego jak będzie czuł się Piotrek. W ogóle jakieś nijakie mi się te Święta rysują. Teściowa chora, więc nie wiadomo czy uda się zrobić wspólne śniadanie wielkanocne. Lekarz twierdzi, że lepiej by jeszcze nie miała kontaktu z dziećmi. Szwagierka nie wyrabia na zakrętach w pracy i też jeszcze o przygotowaniach nie myśli. My raczej nie planujemy żadnych wyjazdów, bo z tego co mówił lekarz nawet jeśli dziecko będzie się czuło dobrze od razu po zabiegu lepiej by kilka dni spędziło raczej stacjonarnie, polegując.

poniedziałek, 23 marca 2015

bracia rozdzieleni i dni w napięciu

Nerwowy czas przed nami.
Wczoraj Tomiś wstał z drzemki rozpalony i bardzo płakał próbując jeść obiad. Szybka jazda na dyżur. Diagnoza - początek anginy. I z bólem serca separacja. Tomiś z tatą pojechali na kilka dni do teściów, ja zostałam z Piotrkiem. Dlaczego? Ano dlatego, że i Piotrek i ja musimy być teraz zdrowi, bo za tydzień we wtorek 31-go marca Piotrka czeka zabieg operacyjny w narkozie (wnętrostwo). Bardzo nam zależy, by się udało i by jakaś infekcja nie pokrzyżowała planów. Mamy już z M wszystko zaplanowane, ułożone w pracy. Ja mam urlop w przyszłym tygodniu, a M w tygodniu po świętach, by wszystko się ładnie zagoiło zanim Piotrek wróci do przedszkola. Ja 14-go kwietnia jadę do Niemiec na targi na tydzień i w razie przesunięcia zabiegu na po świętach musiałabym zostawić dziecko tuż po zabiegu, a nie wiem w jakiej będzie formie. Dlatego modlę się by wszystko było OK i pęka mi serce, że nie mogę być teraz z Tomkiem, ale siła wyższa. Piotrek będzie od środy w domu z moim kuzynem, będziemy musieli wcześniej jakoś zwalniać się z pracy bo Wojtek około 15 wychodzi na zajęcia, a normalnie wracamy o17 lub później. Według lekarki z Tomkiem nie powinnam mieć kontaktu do środy, może się uda. Denerwuję się. Chciałabym by było już po wszystkim.


piątek, 13 marca 2015

dlaczego praca zdalna w domu nie jest dla mnie

Szczerze podziwiam mamy, które pracują zawodowo w domu opiekując się jednocześnie dzieckiem, czy to na zasadzie pracy zdalnej czy na własny rachunek. Chylę czoła. Ja się na to nie piszę. Te kobiety są dla mnie niedościgłym wzorem cierpliwości, samozaparcia i zorganizowania.
Kiedy Tomek by mały a ja przebywałam na urlopie rodzicielskim trochę próbowałam pracować zdalnie. Byłam permanentnie rozdarta. Kiedy stukałam w klawiaturę lub rozmawiałam przez telefon gdy Tomek był na chodzie miałam wyrzuty sumienia, że oto on tam sobie siedzi sam i się bawi sam a ja jestem skupiona na czymś innym. Dzień wyglądał tak, że ograniczałam spacery, bo na nich zasypiał, a wtedy drzemki w domu były krótsze, więc ja miałam mniej czasu na pracę. Źle się czułam wiecznie odrywając się od pracy by podać coś dziecku lub zagadać i od dziecka by odebrać telefon. Suma sumarum co się dało załatwiałam późnym wieczorem, ale pewne sprawy wymagały kontaktu w czasie rzeczywistym, zresztą na dłuższą metę nie dałabym rady fizycznie pracować po nocy.
No OK, powiedzmy,  że byłą to kwestia organizacji i mojego podejścia do wartościowego spędzania czasu z dziećmi, ale było to teoretycznie wykonalne. Ostatnio spędziłam jednak kilka dni w domu z Piotrkiem i Tomkiem - Tomkiem już chodzącym i potrafiącym pokazywać czego chce. W tym czasie też musiałam wykonać parę spraw związanych z pracą, a ponadto szperałam po necie w poszukiwaniu kabiny prysznicowej  dzwoniłam do producentów. NIGDY WIĘCEJ TAKIEJ SZARPANINY.  Piotrek jest starszy, potrafił zająć się sam sobą, choć żal mi go było bardzo gdy liczył na moją uwagę, a ja byłam zajęta. A to dlatego, że usiłowałam działać w czasie drzemki Tomka. Są to jedyne chwile w ciągu dnia, gdy Piotrek ma mnie na wyłączność i zwykle bardzo pilnujemy tego wspólnego czasu. Nie miałam jednak wyjścia ponieważ kiedy Tomek był na chodzie praca de facto stawała się awykonalna. Pomijam, że nie posiadam laptopa, więc siedząc przy komputerze traciłam go z oczu. Kiedy tylko mały gnom widział, że do niego siadam podchodził, zabierał mi myszkę, bębnił po klawiaturze, ładował się na kolana - bardzo to słodkie, ale skutecznie uniemożliwiające skupienie się na czymkolwiek trudniejszym niż wrzucenie statusu na FB. Rozmawiając przez telefon często nie słyszałam rozmówcy, bo 16-miesieczniak akurat tłukł się garnkami, śpiewał albo się wściekał.
Mało mam czasu dla dzieci w tygodniu, a pracować musze, jednak mimo wszystko wolę zostawić je pod dobrą opieką, pojechać do biura i tam wykonać swoje obowiązki bez bycia szarpaną, przesuwaną, potrącaną, w miejscu gdzie poziom decybeli jest znacząco niższy i nie musze odrywać się co chwila od biurka by "gasić pożary”.
Praca zdalna na tym etapie życia moich dzieci to zdecydowanie nie jest rozwiązanie dla mnie, na pewno nie w wymiarze pełnego etatu. Ewentualnie raz na jakiś czas dorywczo mogę popracować wieczorami czy w nocy.

środa, 11 marca 2015

Masterchef

Tomiś zostanie w przyszłości sławnym kucharzem. To pewne jak dwa razy dwa. To dziecko spędza 90% czasu gotując. Ledwo wstanie rano już miesza w garach. Zabawki w pudłach interesują go na chwilę. On mógłby całymi dniami grzebać w szafkach kuchennych, wyciągać garnki i pokrywki. Roznosi je po całym domu. Często znajdujemy patelnię pod prysznicem lub w łóżku. Nawet tego nie sprzątamy w ciągu dnia, bo pozbawione jest to większego sensu.Ogarniamy z grubsza wieczorem gdy śpi, a w ciągu dnia omijamy porozstawiane po całym domu gary ;-)




piątek, 6 marca 2015

chorobowo i o szczęściu w pechu

Piotrek był w domu cały zeszły tydzień. Niby wydobrzał, ale w marcu muszę na niego dmuchać i chuchać, bo 31-go ma zabieg w narkozie i musi być absolutnie zdrowy. Nie było łatwo, bo Piotr po kilku dniach bez przedszkola zaczyna bardzo tęsknić za kolegami i samym miejscem i dość mocno objawiał swoje niezadowolenie z faktu, że musimy tkwić w domu.  Doszliśmy do etapu, że ważniejsze od tego co robi, jest to z kim, a on chce się bawić z kolegami - i bardzo dobrze! Dzisiaj zostaje na noc u dziadków.
Gorzej z Tomkiem. Niestety nie obronił się i dziś rano włączyliśmy antybiotyk. Niestety. Ma szmery w oskrzelach, świszczący oddech i bardzo brzydko kaszle. Taki los młodszego rodzeństwa.
Ja od środy w pracy, usiłuję nadrobić zaległości i przygotować dużo spraw do przodu. Po 31 marca czeka mnie pewnie 2 tygodnie urlopu (bo Piotrek nie pójdzie jakiś czas znowu do przedszkola), a zaraz potem wyjazd na targi. Wiele spraw do załatwienia, przygotowania, a w międzyczasie jeszcze wizyta u urologa, badania krwi. Mam nadzieję, że te 3 tygodnie miną mi bez zwolnień.
W międzyczasie chodzę na dni otwarte do podstawówek. Wprawdzie Piotr na razie idzie do zerówki przedszkolnej, ale chcę sobie na spokojnie wcześniej wyrobić opinie i podjąć decyzję, bo jak wszystko w naszym przypadku temat jest mocno zagmatwany. O tym innym razem.
Szczęście w pechu to nasza kabina prysznicowa. W niedzielę M zdjął drzwi, bo mieliśmy zamówionego fachowca do naprawy uszczelki w toalecie i chcieliśmy by przy okazji wyregulował rolki. Nie wiem jak to się stało, bo nie było mnie przy tym, ale drzwi poszły w drobny mak. Niestety znalezienie samych drzwi lub choćby całej kabiny okazało się niemożliwe. Nasz prysznic nie jest bynajmniej jakiś wypasiony, po prostu w 2011 kupowaliśmy wyposażenie do dwóch łazienek w jednym sklepie i akurat mieli promocję na zestaw brodzika z kabiną. Okazało się teraz, że niedługo potem dystrybutor tych kabin i brodzików zbankrutował, a pochodziły one z Chin. Nie ma ich już na rynku, a brodzik jak się okazało nie był wycinany z półkola tylko lekkiej elipsy i nie sposób dobrać do niego kabinę innej firmy. Obdzwoniliśmy kilkudziesięciu producentów, sklepy, a nawet zakłady szklarskie oraz producentów kabin na zamówienie i wszyscy rozkładali ręce. Trochę się załamaliśmy, bo oznaczało to wykuwanie brodzika i zakup nowego kompletu, do tego koszty robocizny. Na dodatek to nie bardzo mogło czekać, bo nasza druga łazienka z wanną jest praktycznie nieużywana wieczorami. Graniczy z pokojem Tomka, a on śpi dość czujnie i zwykle budzi się gdy słyszy, że ktoś za ścianą się kapie. Sytuacja wydawał się beznadziejna a tutaj proszę, zajrzałam na OXL i akurat w poniedziałek, dzień po rozbiciu tej szyby, jakiś fliziarz wystawił na sprzedaż używaną kabinę z brodzikiem, która wyglądała jak nasza. Potwierdziliśmy i faktycznie jest identyczna. Łącznie z wysyłką wyszło nas to chyba cztery razy taniej niż wydawało się, że będziemy musieli zapłacić. Dziś kurier ma przywieźć przesyłkę. Czekamy.