poniedziałek, 27 lipca 2015

.............



Po takich  chwilach jak wczorajsze przedpołudnie chce mi się wyć. Prawda jest taka, że choć bardzo się staram nie jestem tak dobrą mamą dla moich chłopców jak bym chciała. Kocham ich bardzo, ale czuję się rozdarta między tym uczuciem a potrzebą własnej przestrzeni.  Wiem, że obiektywnie mało czasu z nimi spędzam w porównaniu do matek, które nie pracują zawodowo na cały etat. Chwilę rano oraz czas od ok 18 do ich pójścia spać oraz weekendy. Dlatego w tygodniu bardzo rzadko gdzieś wychodzę bez dzieci. Raz na kilka miesięcy. Rzadko spędzam czas bez nich w weekendy, zazwyczaj próbuję zorganizować to tak, by wyjść solo z jednym lub drugim, bo to dla nich ważne. Czuję wyrzuty sumienia gdy krzyczy we mnie potrzeba bycia SAMEJ w kontekście tak malej ilości wspólnego czasu, ale  ta potrzeba jest. Są dni gdy nie mogę znieść bycia na ciągłym stand-by'u i choć niewdzięcznie w stosunku do tego co dało mi życie to zabrzmi nie mogę znieść tego, że ciągle ktoś coś ode m mnie chce, gwaru, rejwachu, potrącania, szturchania, popędzania. Czasem nie mogę znieść tego co kocham i tego co sama wybrałam i czuje się z tym podwójnie potwornie. No i wybucham. Wybucham gdy kilkanaście razy proszę o to samo, gdy znowu znajduję niezakręconą butelkę z wodą, choć tyle razy prosiłam by zakręcać, bo Tomek rozleje, gdy Tomek protestuje przy zmianie pieluchy, gdy się kłócą, gdy po posprzątaniu kuchni za chwile znów bosą stopą wdeptuje w coś lepkiego. Czasem zwyczajnie nie chce mi się robić śniadania, obiadu, kolacji, nie chce mi się totalnie nic. Nie lubię takich chwil, zwłaszcza w weekendy. Są wtedy takie puste i jałowe.

wtorek, 21 lipca 2015

Kilka lat temu już nawet nie pamiętam na jakim blogu odnośnik do bloga Ani.
Zaczęłam czytać, komentować. Zaczęłyśmy rozmawiać. Potem FB.
Potem Ania zmieniła pracę, przyjechała slużbowo do Krakowa i dwa razy udało nam się spotkać wieczorem. Było świetnie!
A w zeszły weekend wreszcie miałam okazję poznać osobiście jej bardzo inteligentnego, mądrego synka.
Aniu i Radziu to był wspaniały czas :-)

niedziela, 12 lipca 2015



Urlop, urlop i po urlopie. Wakacje w tym roku udały nam się idealnie. Jak to mówią jakaś sprawiedliwość na tym świecie musi być, więc po wielu deszczowych wyjazdach trafiliśmy na wspaniałą (dla nas) pogodę. Wprawdzie z Krakowa wyjeżdżaliśmy z deszczem i pierwszy dzień w Polańczyku oraz ówczesne prognozy nie nastrajały nas optymistycznie i w panice zaczynaliśmy tworzyć plan awaryjny dla dzieci na pluchę i niepogodę (w desperacji gotowi byliśmy pojechać nawet do muzeum motoryzacji w Krośnie i na kryty basen w Lesku), ale już we wtorek przejaśniło się i bieszczadzka część naszego urlopu przypadła na okres między niepogodą a upałami. Było ciepło acz nie gorąco, tak jak lubimy, a upały zaliczyliśmy na wsi u rodziny oraz już w domowym zaciszu. Były wycieczki, spacery, Starszak z tatą zaliczył wypad na szlak, czyli dużo chodzenia, a mało siedzenia nad wodą. Wprawdzie mieliśmy zamiar ze względu na dzieci więcej czasu nad Soliną spędzić, ale aura zadecydowała za nas - przez pierwsze dni było zbyt mokro, a woda zbyt zimna,  ale to bardzo dobrze, myślę, że spędziliśmy czas ciekawiej, a ja po raz kolejny przekonałam się, że plażing i grzebanie w piachu nad wodą potwornie mnie nudzą. Na plus należy zaliczyć również to, że podejrzanie miło nam się wspólnie z M spędzało czas, a to nie było tak oczywiste, bo przed urlopem zaliczyliśmy dość sporo napięć i zniechęceń. Bez fajerwerków, ale miło. Po powrocie mieliśmy zamiar uskutecznić wycieczki wokół Krakowa, ale najpierw uniemożliwił nam to upał (wtedy wszyscy ledwo zipiemy), a potem wiadomość z pracy M o zawale jego bezpośredniego szefa. M musiał awaryjnie jechać załatwiać parę spraw, więc sama organizowałam czas dzieciom (na konkretne wycieczki potrzebuję drugiej dorosłej osoby do pomocy, na ten moment nie jestem w stanie wycieczkowo ogarnąć Juniora z klasycznymi objawami buntu dwulatka, wózka i ruchliwego, dociekliwego pięciolatka tak by obaj byli zadowoleni, a jechać po to by jeden lub drugi był sfrustrowany nie ma sensu), a na weekend pojechał w góry  kolegami. Żeby nie było ja też ma obiecany taki wyjazd przed jesienią.
Tomek drogę zniósł bardzo dobrze. Bez problemu spędził 5 godzin w aucie bez klimy. Zatrzymaliśmy się tylko raz w MC na obiad. Problem był tylko z drzemkami, bo zabrałam gorszą, mniej wygodną spacerówkę (ta lepsza m uszkodzony mechanizm z tyłu, jeździ, ale może się popsuć i bałam się awarii na urlopie). Dwa razy zaliczył rwaną drzemkę w wózku i samochodzie i był dość....męczący dla otoczenia. W pozostałe dni spędzaliśmy do południa czas w ośrodku, kładłam go na drzemkę wcześniej i wyruszaliśmy na wycieczki gdy się wyspał. Piotrkowi to nie przeszkadzało, bo bawił się z kolegami, a Tomek miał dobry nastrój. Potem harcowali do 22-23 i spaliśmy do 9. Właśnie próbuję ich z powrotem przestawić na wcześniejsze zasypianie, bo w poniedziałek nie ma przebacz. O 7.20 musimy wyruszyć z domu. Jak do jeża zabieram się też do tematu odsmoczkowania Tomka, bo niestety zasypia ze smokiem. Mieliśmy zamiar zacząć podczas urlopu w Krakowie ale.... szkoda mi było wieczorów bez dzieci.
Dokładniejsza relacja z wakacji z fotosami wkrótce.