czwartek, 31 grudnia 2015

Najlepszego!

Kochani. Życzę sobie Wam aby Rok 2016 był lepszy od poprzedniego. Tylko tyle i aż tyle.
I żebym w końcu dała rade częściej pisać. Póki co Tomek zostawia mi wieczorem marną godzinę przed północą na.... wszystko.

środa, 23 grudnia 2015

Niech się ten rok już skończy....
Szlag trafił świąteczna atmosferę
W zeszłym tygodniu najpierw rozłożył się Piotrek. M wziął opiekę na tydzień bym mogła chodzić do pracy, ale skończyło się na tym, że musiał zająć się całą naszą trojką, bo dopadło mnie regularne grypsko. Takie z gorączką 40 stopni i bólem wszystkiego. Cud, że Tomek się nie zaraził, za to idą mu wszystkie piątki i tak go to wszystko boli (lub tak się and sobą użala), że już dwa razy byłam z nim u lekarza bo już sama nie byłam pewna czy to dziąsła, czy coś niefajnego w gardle. W weekend wyszliśmy na prostą i miałam w poniedziałek iść do pracy nadrobić tygodniowe zaległości, ale rozchorowała się moja mama i musiałam jednak wykorzystać L4 do końca i zostać z Tomkiem. Dziś w końcu dotarłam do biura z mocnym postanowieniem ogarnięcia wszystkiego. Piotrek w przedszkolu, Tomek u teściowej, herbatka, ciasteczko, szybki rzut oka na kont a tutaj... WTF! Okradziono mnie. Wczoraj ktoś późnym wieczorem płacił moją kartą kredytową obciążając ją na ponad 2500 PLN. Nerwy stres, telefony do banku, zastrzegiwanie karty, reklamacje, jazda na drugi koniec Krakowa na policję w celu zgłoszenia dokonania przestępstwa, ponadgodzinne zeznania.
Strasznie pechowy ten rok. Niech już się kończy. Niech idzie precz, bo mam już dość. Staram się nie myśleć o tym, że w drodze z policji do pracy tak jakby biegi nie wchodziły mi jak trzeba... Tak mi się tylko wydawało, prawda? Prawda?????
Jestem potwornie zmęczona psychicznie.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Na razie walczymy z wrednym wirusem. Walczy Piotrek, walczę (chyba) ja i miejmy nadzieję, że resztę rodziny ominie. Straszne dziadostwo. Najpierw przez jedną dobę wymioty, potem osłabienie - myślałam, że zwykłe zatrucie lub lajtowy rota. Sobota zupełnie normalnie, a od niedzieli mega osłabienie i gorączka. Osłuch OK, gardło OK, uszy OK, mocz OK, a Piotr cały czas praktycznie śpi budząc się na szczęście na picie i małe przekąski. Narzeka jedynie na ból głowy. Niestety ominą go jasełka w przedszkolu :-(
My zaś rodzicielski standardzik, czyli urlopy, opieki i lawirowanie tak by i dzieci w domu same nie zostały i pracy nie zawalić. Ja jestem słaba jak kot, ale ponieważ L4 od dzieci nie istnieje staram się nie zwracać na to uwagi i funkcjonować normalnie ;-) I oby to dziadostwo się od nas odczepiło do Świąt!!!!!!!!!!!!!!!

sobota, 12 grudnia 2015

Kilka miesięcy ciszy na blogu. Od tego wpisu minął już prawie rok. Choć do kolejnego Sylwestra zostało jeszcze trochę czuję, że czas na podsumowania.
To był trudny rok. To prawda. Jednak przede wszystkim wiele mnie on nauczył i zmienił.
Całe lato zamieszczałam w zasadzie tylko wpisy z urlopu przygotowane tuż po nim na początku lipca. Prawie nic na bieżąco, bo to był dla mnie taki czas, kiedy lepiej siedzieć cicho i za wiele nie opowiadać, bo łzy same płyną ciurkiem, a życie boli. Nie chcę do tego wracać. Wyszliśmy z tego zmęczeni, poturbowani, ale silniejsi. Daleko nam do rzygania tęczą, ale te najtrudniejsze sprawy, te które najbardziej dzielą i bolą zostały przegadane i jeśli nie naprostowane to przynajmniej na dobrej drodze ku temu. Na pewno dużo bardziej doceniam M.
Mam nadzieję, że już się tak nie pogubimy, również dlatego, że zaczęłam bardziej doceniać relację, którą M ma z naszymi synami. Że jest dla nich naprawdę fajnym tatą.
Przed nami niełatwy czas, przede wszystkim finansowo. Jeśli myśleliśmy, że zaciskamy pasa i żyjemy z dnia na dzień to chyba dopiero w przyszłym roku dotrze to do nas tak naprawdę. Liczę, że te parę miesięcy rozmów takich do bólu szczerych pozwoli nam ten czas przetrwać w dobrej kondycji psychicznej.
Ten rok nauczył mnie, że nic w życiu nie jest stałe. Niby banalne prawda? Pojawiły się nowe, bliskie, fajne osoby. Inne jednak odeszły. Jakiś czas temu odeszła bliska mi osoba. Powodów jest wiele i ogrom mojej winy i czas pokaże, czy będziemy mieć jeszcze w przyszłości jakikolwiek kontakt, czy jedynie nasza relacja się zmieni. Na pewno coś się bezpowrotnie skończyło. Boli, ale nie tak bardzo jak sądziłam, że będzie boleć i nie w taki sposób jak mogłabym przypuszczać (co w sumie jest dla mnie niemałym zaskoczeniem), po części dlatego, że przedefiniowałam na nowo priorytety i przemyślałam swoje granice. Myślę, że tak po prostu musiało się stać.
Wiem, że to wszystko dość chaotycznie brzmi.
Wiele razy dostałam po głowie za szczerość i w wirtualu i w realu. Trudno. Myślałam o tym i wiem, że pisanie inaczej niż szczerze nie ma dla mnie sensu. Blog będący fotoreportażem z kolejnych weekendów zaczął mnie nudzić i męczyć, stad coraz rzadsze wpisy i dłuższa przerwa.  Dlatego będzie szczerze o tym co czuję w danym momencie.
Dziś czuję: wdzięczność i zmęczenie.