środa, 10 lutego 2016

Znów cisza na blogu. Chciałabym wrócić do regularnych wpisów, ale nie mam pojęcia jak to zrobić. Ktoś mi powie jak rozciągnąć dobę? Tomek nadal ma problemy z zasypianiem i wieczornym wyciszaniem. Częściowo (ale tylko częściowo) składam to na karb długich drzemek w ciągu dnia, ale na to wpływu nie mam. Babcie będą go kłaść i nie będą go budzić, bo to dla nich czas odpoczynku i godzę się z tym. Od września Młody pójdzie do przedszkola i mam nadzieję, że zacznie łatwiej usypiać. Na razie to walka co wieczór. Starszy po czytaniu i chwili drapania po plecach odpływa, a z Młodszym leżę godzinę albo i dłużej podczas gdy on na zmianę przytula się do mnie, odpycha, przysypia, gada, śpiewa i rzuca się. Często przysypiam razem z nim. Wychodzę z jego pokoju po 22 i wtedy mogę robić, hmmmm, wszystko tzn np. coś zjeść, umyć się, dom ogarnąć. Dla siebie, dla męża czasu notorycznie brakuje. Żyję jednak nadzieją, że to się kiedyś skończy.
Poza tym Tomuś powoli, powoli zaczyna się rozgadywać. Składa pierwsze zdania, jeszcze bardzo niewyraźnie, ale idziemy w fajnym kierunku. Piotr przechodzi etap fascynacji chemią, mikroskopem i pytań metafizycznych.
Ostatni weekend stycznia spędziliśmy na nartach w Ząbie. Mój wujek zna tam bardzo tanią kwaterę. Udało się dograć wszystkie elementy układanki, z których najważniejsze były możliwości i chęć babć by zająć się Tomkiem przez 3 dni, bo wyjazd z nim na narty tak jakby wykluczał możliwość nauczenia się tej sztuki przez nas, a taki był cel. Drugi zaś cel to, nie ukrywam, odpocząć od podwójnego rodzicielstwa. Z jednym dzieckiem to dla nas relaks. Piotrek w zeszłym roku był z tatą raz w szkółce narciarskiej i zaliczył 3-godzinny kurs, M jeździł na nartach trochę w liceum, zaś ja 30 stycznia pierwszy raz w ogóle miałam je na nogach. Efekty? Piotrek radzi sobie świetnie i nie potrzebuje już instruktora (choć i tak opłaciliśmy na zasadzie opieki do niego byśmy my mogli się uczyć), M śmiga całkiem sprawnie a ja.... no cóż :-) Na pewno towarzystwo nieźle się ubawiło obserwując moje poczynania. Drugiego dnia miałam lekki kryzys, bo zamarzł sztuczny śnieg i czułam się znacznie mniej pewnie niż dnia poprzedniego, ale w poniedziałek na koniec udało mi się dwa razy zjechać nie trzymając się instruktora. Jestem więc z siebie potwornie dumna. Może jeszcze w tym sezonie uda się M wziąć jeden dzień wolnego i pojechać z Piotrkiem chociażby do Sieprawia.
Ja osobiście duchem jestem już w wiośnie. Dom mniej więcej wysprzątany i czekam w blokach startowych by móc rozpocząć moje rytualne wiosenne mycie okien.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz